Z LUDŹMI PRZY JAŹNI

Za mało lubimy ludzi. Najczęściej też odkładamy jakieś ważne sprawy w relacjach z nimi na jakieś nieokreślone potem. Wikłamy się w różne gry międzyludzkie, a rzadko jesteśmy wprost z ludźmi.

Może jest tak dlatego, że ludzi zawsze mamy wokół siebie. Przywykamy do nich i – niestety – większość z nich jest nam obojętna. Z niektórymi toczymy walki, jakby od tego zależało nasze dobro czy szczęście.

Zapominamy, a może nawet w ogóle tego nie wiemy, że z ludźmi trzeba się codziennie na nowo zaprzyjaźniać. A najbardziej z tymi, którzy z pozoru są najbliżej. Więzy krwi, między rodzicami i dziećmi, między rodzeństwem, relacje małżeńskie, tzw. „stare grono przyjaciół”, szybko drętwieją i parcieją, jeżeli nie są ożywiane częstą troską. Oczywiście trwamy w nieświeżych i mdłych odniesieniach nawet całe życie, nie przeczuwając, że tracimy tak wiele. Zaprzyjaźnić się z własnym synem, zaprzyjaźnić z matką, zaprzyjaźnić z siostrą (zwykle wredną), to jest część sztuki życia. Niezwykle owocna taka przyjaźń jest w przypadku męża i żony.

Ale o czym ja mówię – zaprzyjaźnić się? Etymologicznie przyjaźnienie się oznacza „sprzyjanie” komuś i „przyjmowanie” kogoś. I te dwa sensy są ważne dla przyjaźni. Moje własne wyczucie każe mi dodać jeszcze, że chodzi też o bycie „przy jaźni” tej drugiej osoby. Przy jaźni, tzn. jak najbliżej jej serca, jej głębi, duszy, tam gdzie rodzą się najistotniejsze ludzkie nadzieje, marzenia, akty woli ale i lęki, smutki oraz bunty. Tymczasem najczęściej jesteśmy z dala od „jaźni” tych ludzi, z którymi jesteśmy blisko w czasoprzestrzeni czy poprzez więzy krwi. Spotykamy się z nimi na opłotkach życia, w korytarzach.

Z ludźmi trzeba być „przy jaźni”, wtedy się człowiek zaprzyjaźni. I odkryje, że większego szczęścia nad ludzi nie mamy. I wcale nawet go nie potrzeba. To, o czym piszę, to żadne odkrycie, to tylko przedstawienie tzw. „innymi słowy”, Bożego sposobu istnienia dla nas.

Itinerarium , , , , , , ,

Comments are closed.