Trochę wstyd się przyznać, ale co tam, nie do takich rzeczy się już przyznawałem. Otóż, cierpię na dość pospolitą, ale jednak dla mężczyzny nieco wstydliwą przypadłość: arachnofobię.
Moja Żona mogłaby o tym dużo opowiedzieć. Jak zobaczę pająka w mieszkaniu (a w lecie naprawdę jest ich dużo) to dosłownie drętwieję. Grobowym głosem mówię: pająk. Wtedy Żona idzie do kuchni po specjalny słoik po dżemie, nakrywa pająka, od spodu podkłada tekturkę i wyrzuca potwora przez balkon.
Tak na marginesie, jeden z dwóch przyjaciół, jakich mam, najzupełniej serio twierdzi, że to niewłaściwe zachowanie, bo wielki, tłusty, włochaty pająk jednak swoje waży i upadku z drugiego piętra może nie przeżyć. Ale my tak wrażliwi nie jesteśmy.
No, ale ad rem. Na początku września kilka dni spędziliśmy na wsi. I wieczorem, na firance, zobaczyłem pająka. Ale jakoś wcale nie zdrętwiałem i nie zawołałem Żony. Słoika i tekturki nie było, więc spróbowałem zwabić go na gazetę. Oczywiście okazał się sprytniejszy ode mnie i uciekł. A my spokojnie położyliśmy się spać, wcale się nie przejmując, że gdzieś w pokoju jest wielki pająk.
Bo w wiejskim domu pająk jest czymś naturalnym.
I tak sobie myślę, że kiedy dręczą nas różne fobie, a wiem z doświadczenia, że wielu świętoduchowcom też nie są obce, warto czasem spojrzeć na nie z innego miejsca.
Jan Pleszczyński

