ŻYCIU SIĘ NIE DAJ

Dawne podręczniki duchowości zachęcały do „mężnego znoszenia przeciwności losu”, jako niezbędnej życiowej cnoty.

Jednocześnie wzywały do „zachowywania stałej pogody ducha”. Niewątpliwie stosowanie obydwu wskazówek bardzo przydałyby się nam współczesnym, niestety nader zgorzkniałym i poirytowanym.

Obserwowałem kiedyś malca, kilkuletniego, który mocował się ze zbyt ciasnym bucikiem, nijak nie wchodzącym na nogę. Dopomagał sobie wezwaniem, znanym skądinąd:

– Enter! Enter!

Niestety, bucik nie pojmował skutecznego gdzie indziej zaklęcia.

Innym razem rozmawiałem, już po południu, z pewną panią domu, wyraźnie poirytowaną. Wypytuję łagodnie, cóż tam takiego, złego czy strasznego, los sprawił.

– Cholera, stłukłam rano talerzyk! Szlag mnie trafia!

Talerzyk, nie jakiś tam Villeroy& Boch, ale zwykły, prawie geesowski, a jakaż wredota! I męczy cały dzień!

Szedłem rano po gazety, mijam trzy panie, śpieszące pewnie do pracy. W myśl zasady, żeby dzień zaczynać pogonie i radośnie, uśmiecham się miło. Jedna z owych dam – zdążyłem jeszcze dosłyszeć – oznajmiała koleżankom:

– E, widziałyście, jak ten facet się głupio uśmiechał?!

Mamy tendencję do wyolbrzymiania naszych nieszczęść, zamiast mężnie znosić przeciwności. Byle kłopot zakłóca nam pogodę ducha. Wczoraj, na krótkim spacerku, tańczyły wokół mnie gromadnie jaskółki. Wywijały dwa metry nad moją głową ósemki, niektóre wręcz fikały salta, prawdziwy i radosny aerobik! O to właśnie chodzi! Zrzucać kłopoty i zmartwienia, nie brać serio smutasów i etatowych marud. Życie jest zbyt piękne, aby je przepłakać bez powodu.

Itinerarium , , , , , , ,

Comments are closed.