Jest jakaś lekkość w tych dniach lipcowych, nader długich, pełnych światła, ciepła, roznegliżowanej półpełni księżyca, błyskach piorunów, deszczach gwałtownych.
Ogarnia nas zewsząd temperatura, już nie wiadomo, co zrzucić z siebie, czym się raczyć dla ochłody, jak przewiew zbawienny wywołać. Lato.
W jednej z moich ulubionych prefacji (modlitwa mszalna przed konsekracją) jest przepiękna fraza: Ty stworzyłeś wszystko, co jest na świecie, i sprawiłeś, że zmieniają się pory roku.
Z niewieloma rzeczami zgodziłbym się pełniej i bardziej. Choć dla mieszkańców miast natura dawno już przestała być ekranem Stwórcy, wciąż zdaje się być Tajemnicą, wobec której warto zamilknąć i pozwolić sobie na zachwyt.
Każda z pór roku ma swoją świętą liturgię, ba, każdy miesiąc inaczej opiewa chwałę Stwórcy. Nawet poszczególne dni dokładają swoje osobliwe strofy do wielkiego hymnu na cześć Ukrytego.
Nam zaś tak trudno istnieć, po prostu żyć, trwać, rozkwitać. Wciąż wadzimy się z innymi, zgrzytamy zębami na rzeczywistość, nie lubimy siebie. Kłócimy się o duperelele, wzniecamy wojny o pustej sławy dźwięk. Zawsze jakieś ziarenko uwiera nasze szlachetne pupy, wiercimy się i wierzgamy.
Jak dobrze, że ta pszczoła obsiada lipowe kwiecie, bez ambarasu i huku. Chabry niebieszczą się, a żarnowce złocą. Wszystko cicho, ładnie, bezszelestnie niemal, jak trzeba. Tak nam istnieć należy.

