Niedawno jeden z Czeczenów, w trakcie rozmowy, podziwiał Polskę i Polaków za to, że jesteśmy tak religijni, tak bardzo liczymy się z Panem Bogiem, a wiara ma dla nas tak duże znaczenie.
Oczywiście, pewnie tak jest. Przecież nie uczestniczymy w jakiejś zorganizowanej grze pozorów. Nie umiem jednak odpowiedzieć czy ta nasza polska „silna wiara”, to suma „wiar indywidualnych”, naszych ludzkich potencjałów wiary, czy może jakaś struktura, drzemiąca gdzieś w tak zwanym „duchu narodu”.
Kiedy pozwalam sobie na jakieś uwagi, że „polska wiara” potrzebuje odnowy, głębi i samej wiary, słyszę, że nie jest z nami tak źle, że trzeba popatrzeć na inne narody, tam to już jest całkiem źle z wiarą.
Historia narodu wybranego, którą możemy prześledzić na kartach Biblii, podpowiada, że „silna wiara” zobowiązuje (noblesse obligue!) i że można ją tracić. Nie ma naturalnie jakiejś Ligi Mistrzów Wiary, w której można by ocenić, czy jesteśmy światowymi liderami.
Jak uczy nasza święta Księga, skarb wiary niesiemy w glinianych, kruchych naczyniach, a podpieranie się statystykami jest ryzykowne. I czy nie jest tak, że słysząc o „silnej polskiej wierze”, rozglądamy się wokoło, bo przecież to nie o nas mowa? Nie ma „silnej wiary”, poza naszymi codziennymi wysiłkami stawania się lepszymi, mądrzejszymi i bardziej wrażliwymi. Okazać się może, że to ktoś z nas jest tym ostatnim filarem, na którym stoi nasza „silna polska wiara”.

