To będzie bardzo osobiste wspomnienie, ale nieuchronnie nawiedza mnie ono przy lekturze tekstów takich, jakie dziś znajdziemy w liturgii. Zresztą sądzę, że każdy z nas ma podobne wspomnienia, może trochę odmienne w detalach.
We wczesnym dzieciństwie jedną z uwielbianych przez mnie (i moich rówieśników) potraw była kromka chleba umoczona w wodzie (zimnej) i pocukrzona – tzn. posypana cukrem. Po taką kromkę wpadało się pomiędzy zabawą w „Zorro”, a wykonywaniem jakichś prac. Pamiętam, że wbiegaliśmy czasem do kuchni, zziajani i zgłodniali, od progu wołając „Babciu, chleba z cukrem!”. Na to zawsze mogliśmy liczyć, bo przecież dorośli, zajęci naprawdę ciężką pracą, nie marnowali wówczas czasu na przygotowywanie podwieczorków. Taka kromka chleba, umoczona wprost w wiadrze z zimną wodą (tę wodę musiałem zwykle wcześniej ze studni przynieść do domu) i pocukrzona przez Babcię (Babcia miała najlepszą miarę w cukrzeniu, my, dzieci, psuliśmy kromki nadmiarem białego cudu), była naprawdę jak niebo w gębie. Czasem zdarzało się dostać kromkę rarytas – Babcia maczała chleb w mleku albo śmietanie. To już było siódme niebo w gębie! Absolutna biała rozkosz, smakołyk królewski! Ileż czasu trzeba było wówczas poświęcić na oblizywanie każdego palca, na którym przylepiła się śmietana!
Pamiętam też ile radości dawało nam skubanie wiosennego szczawiu, który znienacka wyrastał na pastwiskach i łączkach koło domu. To był pierwsza zielenina, którą za darmo można było zrywać i smakować. Nieco później podskubać dawało się szczypior, sałatę i rzodkiewkę, już w ogródku. Potem pamiętam, jak w nagrodę za dobrze wykonaną pracę, w lecie, Babcia przynosiła wędzoną słoninę z pierwszymi kiszonymi ogórkami. Co za uczta! Ale równie wdzięcznie wspominam pierwsze lata studiów, kiedy tygodniami podstawowy składnik menu na śniadania i kolacje stanowił smalec przywożony z domu.
Czytam dziś o wspaniałej uczcie, jaką Bóg gotuje swoim dzieciom, czytam jak Jezus zadbał o głodny tłum, „żeby kto nie zasłabł w drodze”. Więc kiedy czytam te zdania, to cała historia mojego życia potwierdza prawdę i piękno tych słów. Jakże mógłbym przez chwilę wątpić w istnienie albo bliskość Boga, kiedy dostawałem od Niego cudowne kromki z wodą i cukrem, z mlekiem i cukrem, pachnący szczaw wiosenny, wędzoną słoninę z ogórkiem albo pyszny smalec? Jakże mógłbym nie być wdzięczny temu bliskiemu Bogu, który „stół dla mnie zastawiał” i zastawia? To przecież On „otwiera rękę i karmi każdego z nas do syta”.
Jakżeż mógłbym nie wierzyć, że On mieszka pośród nas, że troszczy się i zabiega o mnie? Jakżeż mógłby wątpić ktokolwiek z nas, którzy zasiądziemy dziś do śniadania, wchłoniemy gorącą zupę czy wieczorem napijemy się piwa z przyjaciółmi?
LITURGIA SŁOWA
(Iz 25,6-10a)
W owym dniu: Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win. Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć. Wtedy Pan Bóg otrze łzy z każdego oblicza, odejmie hańbę od swego ludu na całej ziemi, bo Pan przyrzekł. I powiedzą w owym dniu: Oto nasz Bóg, Ten, któremuśmy zaufali, że nas wybawi; oto Pan, w którym złożyliśmy naszą ufność: cieszmy się i radujmy z Jego zbawienia! Albowiem ręka Pana spocznie na tej górze.
(Ps 23, 1-2a. 2b-3. 4. 5. 6)
REFREN: Po wieczne czasy zamieszkam u Pana
Pan jest moim pasterzem,
niczego mi nie braknie.
Pozwala mi leżeć
na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć,
orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoją chwałę.
Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę,
zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.
Kij Twój i laska pasterska
są moją pociechą.
Stół dla mnie zastawiasz
na oczach mych wrogów.
Namaszczasz mi głowę olejkiem,
a kielich mój pełny po brzegi.
Dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni życia
i zamieszkam w domu Pana
po najdłuższe czasy.
Oto Pan przyjdzie, aby lud swój zbawić, błogosławieni, którzy są gotowi wyjść Mu na spotkanie.
(Mt 15,29-37)
Jezus przyszedł nad Jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam siedział. I przyszły do Niego wielkie tłumy, mając z sobą chromych, ułomnych, niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u nóg Jego, a On ich uzdrowił. Tłumy zdumiewały się widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. I wielbiły Boga Izraela. Lecz Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby kto nie zasłabł w drodze. Na to rzekli Mu uczniowie: Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba żeby nakarmić takie mnóstwo? Jezus zapytał ich: Ile macie chlebów? Odpowiedzieli: Siedem i parę rybek. Polecił ludowi usiąść na ziemi; wziął siedem chlebów i ryby, i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów.

