O życzliwości (14)

Dziś o życzliwości. Ale nie cnocie życzliwości, a o zasadzie. Sformułowana w 1973 r. przez Donalda Davidsona pozwoliła mi zrozumieć, dlaczego nigdy nie pojmę ojca dyrektora i jego fanów, którzy – jak mniemam – znajdują się także wśród świętoduchowców, tylko w głębokiej konspiracji, ze strachu przed …, no sami wiecie, przed kim.

Zaraz mi tu powiecie, że skoro znowu wracam do ojca dyrektora to znaczy, że przestałem studiować ks. Michała Hellera (patrz wykład 11). Nie, nie przestałem. Ojca dyrektora traktuję tu instrumentalnie, jako pomoc naukową.

Otóż, twierdzi Davidson, jeśli chcemy właściwie odczytać znaczenie jakiejś wypowiedzi w nieznanym nam języku (a takim nieznanym mi językiem posługuje się o. dyrektor) musimy przyjąć „zasadę życzliwości” (principle of charity): założyć, że przekonania rozmówcy są spójne i panuje między nami „interpersonalna zgoda” Jeśli nie przyjmiemy tej zasady, o żadnym zrozumieniu wypowiedzi nie może być mowy.

Dzięki zasadzie życzliwości nareszcie wiem, dlaczego jestem tak skrajnie nieżyczliwy wobec o. dyrektora, jego fanów i jego dzieła. Nie ma między nami interpersonalnej zgody, a i cienia spójności przekonań tam nie dostrzegam. Wychodzi na to, że to moja wina.

A ponieważ to już przedostatni wykład z filozofii – bo w semestrze jest wykładów piętnaście – mam ostatnie pytanie do słuchaczy, jeśli tacy jeszcze pozostali: Czy wobec moich wypowiedzi przyjmujecie zasadę życzliwości?

Jan Pleszczyński

Spoza kruchty , , , , , , , , , , ,

Comments are closed.