Są dwa rodzaje podejścia do Ewangelii.
Możesz ją rozłożyć przed sobą. Wczytać się, analizować, rozważać i podziwiać. Obok zaś życie. Na które patrzysz, które znasz, które przetacza się z dnia na dzień. I które nijak nie da się dostosować do lektury świętego tekstu. Obawiam się, że wtedy Ewangelia może stać się, jak każda inna książka z przesłaniem, męczącą utopią.
Na ile – stawiam sobie to pytanie – Ewangelia jest nie tyle poza mną, w świętej księdze, ale we mnie. Na ile możliwe jest obudzenie Ewangelii we mnie? Ostatecznie Ewangelią, w źródłowym sensie, był Jezus. Część Jego słów, opis czynów, zachowało się w księdze. Ostatecznie jednak całą Ewangelią jest Jezus.
Może jest tak, że Ewangelia jest programem rozkwitu mojego życia ku pełni, którą zrealizował Jezus?

