RAZ NA MIESIĄC O SERCU

O swoim sercu pamiętamy rzadko, poza momentami, gdy zawładną nim mocne emocje i zauroczenia, oraz kiedy zakłuje i potrzeba interwencji kardiologa. Na co dzień nie myślimy o tym, co się w nim dzieje, a szkoda, bo to, co mamy w sercu, decyduje o naszym życiu.

W kwestię urabiania ludzkiego serca spory wkład ma Polak. Kasper Drużbicki, zapomniany albo i wcale nie znany wynalazca kultu Serca Pana Jezusa (miał też krótki epizod lubelski, jako wykładowca w kolegium jezuickim) sam ułożył 8 litanii do Serca Pana Jezusa już w połowie XVII wieku, na kilkadziesiąt lat przed „oficjalnymi” objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque.

Polska i katolicka pobożność zna tradycję pierwszych piątków miesiąca, szczególnie poświęconych sercu Bożemu, z odmawianiem Litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Litanię tę można mniej czy bardziej lubić, uczy jednak, moim zdaniem czegoś ważnego o życiu. Tekst modlitwy kończy się słowami: „Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze według serca Twego”.

Trzy wezwania przypominają nam kim jesteśmy – na wzór Jezusa – przybytkiem Najwyższego, świątynią Boga i Bożym domem. To niby stare prawdy, ale ich przypomnienie sobie, raz na miesiąc, pomaga zdystansować się od chorobliwego wartościowania siebie według sukcesów i osiągnięć. Pierwsze spojrzenie na siebie samego musi obejmować podstawowy wymiar – jesteś Kimś, bo mieszka w tobie sam Bóg. Jesteś Kimś, bez względu na to, co w życiu robisz, które miejsce zajmujesz w stawce życiowego biegu, co o tobie mówią i co już zdobyłeś. Uchwycenie tej najważniejszej i fundamentalnej perspektywy jest bardzo ważne, przywraca radosną pewność istnienia, uniezależnia nas od ludzkich opinii i napięcia współczesnej kultury, która wartościuje ludzkie życie według „mocy nabywczej” (kupowanie, zabawa, rozrywka).

Inne wezwania wyznaczają znów prosty program sensu ludzkiego życia. Serce Jezusa, według którego ma bić nasze serce, jest „dobroci i miłości pełne” i jest też „gorejącym ogniskiem miłości”. Archaizujące i patetyczne zwroty mogą lekko razić, ale każda Litania do Serca Pana Jezusa jest krótką lekcją o miłości i dobroci, do których trzeba wciąż powracać. Przynajmniej raz na miesiąc warto zadać sobie pytanie o miłość i dobroć, ile ich w naszym sercu?

Kasper Drużbicki apelował: “Zaprosisz do Jego Serca wszystkich, a z drugiej strony to Serce Jezusa wprowadzisz do wszystkich ludzi”. Nie rodzimy się z gotowymi matrycami życia, zawsze możemy mieć takie życie, jakiego pragniemy. Ponieważ na co dzień musimy ostrożnie pokonywać skrzyżowania z czerwonymi i pomarańczowymi światłami, uważać żeby nie przekroczyć debetu na koncie, zadbać o chleb na śniadanie i pamiętać, że ciepła czapka może się przydać, raz na miesiąc warto zobaczyć co w sercu. Jak w sercu, tak i w życiu.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , , ,

PREZENT DLA KAROLA

W listopadowych klimatach papież jest zapewne mało obecny. Ten nasz papież, Jan Paweł II. Dni papieskie, październikowy i kwietniowy, mobilizują naszą uwagę i pamięć. Choć może i w listopadzie, wśród osób polecanych Bogu, ktoś pamięta o papieżu – On sam prosił, aby modlić się za niego za życia i po śmierci (Kalwaria Zebrzydowska, 2002).

Dzisiaj obchodziłby imieniny, nawet bez przesady będzie, jak powiem, że obchodzi. W imieniny bliskich osób składamy życzenia, a nawet niesiemy prezenty. Namawiam was, żeby taki mały imieninowy prezent zrobić Karolowi Wojtyle. Nie żeby zaraz przeczytać całą encyklikę (choć jak ktoś może …). Chodzi o coś, co On nazywał budowaniem cywilizacji miłości, a co nie wymaga heroizmu. Chodzi o jedną dobrą sprawę.

W maju 1820 roku, na Uniwersytecie w Wilnie, Tomasz Zan założył Towarzystwo Przyjaciół Pożytecznej Zabawy, zresztą szybko, bo po niespełna miesiącu, rozwiązane przez carską policję. Członkowie owego towarzystwa zwali siebie wzajemnie promienistymi, a to w związku z promionkiem. Promionek, wedle zamysłu Zana, to była jakakolwiek, drobna nawet, ale koniecznie świadoma i dobra rzecz, czyniona każdego dnia. Kto wysyłał takiego promionka, przyczyniał się do kumulacji dobra w jakimś wielkim rezerwuarze, z którego inni mogli potem czerpać. Zan sugerował, że dzień bez wypuszczenia promionka jest dniem straconym. Promionkiem mogły być odwiedziny chorego, pomoc koledze słabszemu z jakiegoś przedmiotu, podzielenie się kanapką, ale także nauka posługiwania się szablą (nawet drewnianą) czy modlitwa za Patrię, ojczyznę. Jednym z warunków przynależności do Towarzystwa była deklaracja codziennego wysyłania promionka.

Myślę, że imieninowy promionek dla papieża, świadomy i dobry, bardzo Mu się spodoba.

Itinerarium , , , , , , ,

O PSZCZELICH WIZYTACH NA DALIACH

Rozkwitanie kojarzymy z wiosną, powrotem zieleni i wszelkiej maści kolorów i zapachów. To, co było skulone w czasie ponurej jesieni i sztywnej zimy, rozwija się odważnie i rozkwieca.

Na jesiennych kwiatach trwa jeszcze bardzo żywa i szybka praca pszczół, zbierających krztyny nektarów, jakby z pośpiechem, żeby przypadkiem czegoś nie stracić, nie pozostawić, nie zmarnować. Astry, dalie czy aksamitki, kwiecą się najobficiej późną jesienią, a ostatnie dni dały im szansę gościć u siebie niezmordowane pszczoły.

Człowiek nie musi czekać z rozkwitem na wiosnę czy lato. Gdzieś na początku grudnia, w liturgii Adwentu, pojawi się zachęta (z Izajasza, 35 rozdział), aby rozkwitał step i pustynia. Zaraz potem prorok mówi o rozkwicie ludzi i szczęściu wiecznym na ich twarzach. Przyczyną rozkwitu, i stepu i ludzkich serc, jest bliskość Boga – „On sam przychodzi, aby zbawić was! Odwagi! Nie bójcie się!”

Historia przychodzenia Boga do ludzi ma rozliczne warianty. Rozsłonecznione pierwsze dni listopada, zachmurzone i ciężkie popołudnia w środku miesiąca, bystrzejsze śnieżne poranki, żaden czas nie jest zły dla Bożych wizyt. W Bożym przychodzeniu nie ma lepszych i gorszych pór, On nie jest uzależniony od aury, temperatury czy ciśnienia. W przeciwieństwie do naszych wyobrażeń, dogodną sposobnością dla Niego jest – przypominam – szmer łagodnego powiewu.

Nie wiem, jak wy, ale ja lubię wyprzedzać pewne rzeczy. Dlatego doradzam, żeby zamiast gderania na listopadowe chmury i deszcze, pozwolić sobie awansem na duchową wiosnę. Podpowiedź ze spojrzenia na kwiaty jest prosta – one otwierają się w płatkach korony i przez to pszczoły już czują się zaproszone. Jedna chwila wystarczy, proste serdeczne westchnienie „Przyjdź”, rozwarcie serca. Ponieważ Bóg jest blisko, przyjdzie. A gdzie Bóg przychodzi z wizytą, tam i rozkwitanie, tam też wieczne szczęście na twarzach. Pozwól sobie na duchową wiosnę, wyprzedź zegary i kalendarze!

Itinerarium , , , , , , ,

CIAŁEM JESTEŚMY I CIAŁEM BĘDZIEMY

słowo na Zaduszki
wtorek 2 listopada 2010

Ktoś odszedł, wiemy, gdzie zapalić znicz, pamiętamy, żeby w określonych dniach zmówić za niego modlitwę. Dobrze też pamiętamy, jeśli był nam bliski, co lubił jadać albo jakie kolory go najbardziej cieszyły. Kiedy modlimy się za „duszę” kogoś, tak naprawdę troszczymy się też o jego ciało, o całego człowieka.

Pierwszy obrazek. W szpitalu, gdzie przed kilku laty leżałem, ktoś popełnił samobójstwo, skacząc z najwyższego piętra wprost na dziedziniec. Jeden z fotoreporterów dreptał nerwowo po korytarzach i otwierał po kolei okna, aby znaleźć najlepszą perspektywę do zrobienia zdjęcia zmasakrowanego ciała.

Drugi obrazek, także mocny, znam z opowieści. Wypadek samochodowy, ginie ciężarna kobieta. I znów fotoreporter, odkrywający płótno, którym przykryta była ofiara, aby zrobić „bardzo dramatyczne ujęcie”.

Trzeci obrazek, znajdziecie w Internecie (nie polecam), to wystawa „Bodies” („Ciała”), obwożona po świecie przez pomylonego amerykańskiego biologa, prezentująca ludzkie ciała, spreparowane w różnych pozycjach (np. przy grze w siatkówkę), ciała rzeczywiste, konkretnie Chińczyków, zakonserwowane specjalną metodą. W ubiegłym roku wystawa gościła także w Warszawie.

Te trzy makabryczne w sumie obrazki przywołuję w dniu, w którym wspominamy – w liturgii – Wszystkich Wiernych Zmarłych, w Zaduszki. Współczesna kultura sprzedaje śmierć, poprzez eksponowanie ludzkich zwłok, w jakiejś nieokiełzanej potrzebie ekshibicjonizmu. Od początku naszej cywilizacji troska o ludzkie ciała po śmierci była znakiem rozwoju kultury, humanizmu i wznoszenia się człowieka ponad wymiar biologiczny. O wysokim etapie rozwoju danej kultury czy cywilizacji świadczą zadbane miejsca pochówku, one wyrażają też świadomość duchową poprzednich pokoleń. Cmentarze i sposób pamięci o zmarłych dużo mówią o naszym człowieczeństwie, naszej kulturze i religijności.

Od wczoraj codziennie, przez pierwszych osiem dni listopada, jestem na cmentarzach po to, by – zgodnie z dawną nauką Kościoła – ofiarować każdego dnia odpust za jednego zmarłego. Warunki są proste: stan łaski uświęcającej, przyjęcie komunii świętej, nawiedzenie cmentarza lub kościoła oraz modlitwa za zmarłych i dowolna modlitwa w intencjach polecanych przez Ojca Świętego. To przywilej tzw. Oktawy Wszystkich Świętych, choć i całego listopada zabrakłoby, gdybym chciał zatroszczyć się o tych najbliższych, którzy już odeszli.

Za każdą osobą, którą polecam w ten sposób Panu Bogu, kryje się jej konkretny życiorys, jej ciało, gesty, sposób mówienia, reakcje, uśmiechy, sylwetka. Mimo woli, wspominając kogoś, obrazy związane z jej ciałem przychodzą niemal same. Modlitwa za kogoś kto odszedł, jest nie tylko westchnieniem „za duszę”, ale także prośbą o szczęśliwie „ciała zmartwychwstanie”, jest modlitwą za osobę, która przecież wyrażała się poprzez ciało i ciałem była. I ciałem – nowym, przemienionym – będzie.

W trzynastej stacji Drogi Krzyżowej jest scena „zdjęcia z krzyża”, świetnie ilustrowana Pietą (Matka Boża Bolesna), przyjmującą w ramiona ciało swojego Syna, Jezusa, a potem w czternastej stacji rozważamy „złożenie do grobu”. To finałowe sceny Bożego pomysłu Wcielenia, przyjęcia przez Boga ludzkiego ciała. Ludzkiemu ciału, choćby z tego względu, że wybrał je dla swojego Syna sam Bóg, należy się szacunek aż do śmierci i po śmierci.

Przypadki, w których ludzkie ciała, umarłe, wystawiane są na sprzedaż w gazecie czy też preparowane ze względów komercyjnych i obwożone na wystawach, zasmucają i wyraźnie świadczą o gorszej kondycji naszej kultury. Może tym bardziej potrzeba listopadowej troski o ciała i dusze tych, którzy odeszli. Troski wyrażonej w modlitwie, wdzięczności za czyjeś życie, mądrego wspominania i pokazywania, jak przenosić bliskie nam osoby w przyszłość.

My, którzy żyjemy tutaj, i ci, którzy już odeszli, jesteśmy jedną wspólnotą, choć żyjącą na razie na różne sposoby.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , , , , ,

NA GROBACH ŚWIĘTYCH

Kazanie na Uroczystość Wszystkich Świętych
Poniedziałek 1 listopada 2010

Święci i grzeczni mamy być od samego początku. Nie płakać bez powodu, ścielić łóżka po przebudzeniu, nie marudzić przy zupkach mlecznych, chodzić zawsze do szkoły i nie spóźniać się. Rano i wieczorem zmawiać właściwe modlitwy, bywać jak najczęściej w kościele, dobre rzeczy od czasu do czasu robić.

Świętych dziś wspominamy wszystkich, od Najświętszej Marii Panny zaczynając, przez świętego Józefa, Apostołów, męczenników, doktorów Kościoła, aż po świętych radykalnych, którzy sami oferowali się piratom za galerników i dziwnych, co pół życia stali na słupie na jednej nodze (Szymon Słupnik). I świętych, którzy w naszym pokoleniu najzwyczajniej żyli i cierpieli – wspominam tutaj z wielką wdzięcznością Chiarę Luce Badano (pisałem o niej 28 sierpnia b.r. w tej rubryce), która w ciężkiej chorobie nowotworowej, odmawiała do końca przyjmowania morfiny.

Święci, których jesteśmy w stanie wymienić, a jeszcze bardziej ci, o których wie niewielu lub nikt, mają coś wspólnego. To mianowicie, że nie ma oznaczonych dróg do świętości i nigdzie, na szczęście, nie zakupimy przewodnika ze wskazówkami, jak pewnie i bezbłędnie zostać świętym. Świętość nie jest możliwym do zaprogramowania zestawem zachowań i wypowiedzi, gwarantującym miejsce w zacnych rzędach w niebie. Są natomiast życiorysy świętych, moim zdaniem do przeglądnięcia i poczytania. Od ich życiorysów trzeba natychmiast wracać do swojego rysu życia.

Ponieważ świętość wymyka się regułom i programom, jest powszechnie dostępna. I przypuszczam, że dziś i jutro pójdziecie na groby świętych, których tylko wy znacie. Będą to wasi święci dziadkowie, święte mamy i ojcowie, święci przyjaciele, może profesorowie czy jeszcze inaczej znajomi.

A ponieważ świętość jest kwestią rysu życia – dla mnie przeżytego w miłości – bądźcie pewni, że kiedyś, pierwszego listopada, ktoś stanie przy waszym grobie i wspomni kolejnego, nikomu nieznanego albo tylko nielicznym, świętego.

LITURGIA SŁOWA

(Ap 7,2-4.9-14)
Ja Jan ujrzałem innego anioła, wstępującego od wschodu słońca, mającego pieczęć Boga żywego. Zawołał on donośnym głosem do czterech aniołów, którym dano moc wyrządzić szkodę ziemi i morzu: Nie wyrządzajcie szkody ziemi ni morzu, ni drzewom, aż opieczętujemy na czołach sługi Boga naszego. I usłyszałem liczbę opieczętowanych: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych ze wszystkich pokoleń synów Izraela: Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: Zbawienie u Boga naszego, Zasiadającego na tronie i u Baranka. A wszyscy aniołowie stanęli wokół tronu i Starców, i czworga Zwierząt, i na oblicza swe padli przed tronem, i pokłon oddali Bogu, mówiąc: Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków! Amen. A jeden ze Starców odezwał się do mnie tymi słowami: Ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli? I powiedziałem do niego: Panie, ty wiesz. I rzekł do mnie: To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili.

(Ps 24,1-6)
REFREN: Oto lud wierny, szukający Boga
Do Pana należy ziemia i wszystko, co ją napełnia,
świat i jego mieszkańcy.
Albowiem On go na morzach osadził
i utwierdził ponad rzekami.
Kto wstąpi na górę Pana,
kto stanie w Jego świętym miejscu?
Człowiek rąk nieskalanych i czystego serca,
który nie skłonił swej duszy ku marnościom.
On otrzyma błogosławieństwo od Pana
i zapłatę od Boga, swego Zbawcy.
Oto pokolenie tych, co Go szukają,
którzy szukają oblicza Boga Jakuba.

(1 J 3,1-3)
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.

(Mt 11,28)
Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście utrudzeni i obciążeni, a Ja was pokrzepię.

(Mt 5,1-12a)
Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie.

Itinerarium , , , , , , ,

NA ŚMIERĆ SIĘ NIE ZGADZAM

Kazanie na niedzielę 31 października 2010
tuż przed uroczystościami listopadowymi

Od paru dni biegamy na cmentarze, a od dziś będziemy tam codziennie przez jakiś czas. Kwiaty, wieńce, lampiony, znicze. Kładziemy, zapalamy. Stajemy, milczymy, wspominamy, modlimy się.

Nasze cmentarze są coraz ładniejsze, nagrobki solidne, alejki uprzątnięte, jest ład i porządek. Czasem, gdy ktoś kładzie na płycie wieniec, rozlega się nagle słodkie Ave Maria, taki samograj, łzawa pociecha, nowoczesny kicz.

Nikomu z nas jednak nie wystarczy wiedza, że wszyscy umierają, że każdy człowiek rodzi się i znika, że tak już jest i być musi. Wiedza ta, dołączona do wszystkich obrzędów, odprawianych na cmentarzu i wszystkich ceremonii religijnych, ostatecznie nie zagłuszy w człowieku – choćby odrobinę wrażliwym i czułym – niezgody na śmierć. Sam nie wiem, czy listopadowe uroczystości, to bardziej zorganizowane obchody pamięci o zmarłych, czy estetyczna machina zagłuszania niezgody na śmierć.

Nigdy i nigdzie nie mamy możliwości wykrzyczenia tej oczywistej niezgody. Owszem, wycieka z nas po trochu we łzach, łkaniach, ciężkich westchnieniach czy krótkich wzdrygnięciach na samą myśl o śmierci. Ze śmiercią obchodzimy się coraz ciszej i bardziej kolorowo. Mocne tabletki uspokajające zamieniają naturalny szloch, lament i krzyk, w ciche chlipanie i mętne otępienie. Dawne czarne ornaty zastąpione zostały na pogrzebach fioletowymi, z pasemkami złota. Klimat wokół śmierci ma być spokojny, kulturalny i stonowany.

Nie mówię o lęku przed śmiercią, bo tego w miarę upływu lat się pozbywamy. Mówię o niezgodzie, sprzeciwie wobec śmierci, własnej i najbliższych. O niezgodzie, którą trzeba wpierw wypowiedzieć przed sobą samym, o której warto rozmawiać z najbliższym przyjacielem i którą – przede wszystkim – mamy prawo wykrzyczeć, bezceremonialnie i wprost, Bogu. On jest w pierwszym rzędzie adresatem naszej niezgody na śmierć. On, który jest Życiem i który nam dał życie. Co to jednak za podarek, kiedy trzeba go oddać, i to jeszcze nie wiadomo kiedy i jak? Dostaliśmy zabawkę, jakże wspaniałą, ale zostanie nam odebrana.

Na każdym nagrobku, gdy odwiedzam cmentarze, szukam krzyża. Jest czasem wpisany w płytę, częściej zwieńcza całość. Dla mnie to najważniejsza część grobu, nic bardziej nie umacnia mojej nadziei. Żadne rzeźbione anioły czy wymyślne motta czy symboliczne znaki przerwania czyjegoś losu (np. złamane w pół drzewo). Krzyż przenosi mnie do tajemnicy śmierci Chrystusa, gdyby Jego śmierć była bez sensu, wszystkie śmierci i wszystkie życia byłyby bezsensowne.

On, który jest Życiem, doznał śmierci, nie zgadzał się na nią, tak jak ja i każdy z nas („Ojcze, oddal ode mnie ten kielich…”). On, który jest Życiem, doznał śmierci i pokonał ją, On jest śmiercią śmierci, jest Życiem mocniejszym od śmierci.

W krzyżu Chrystusa, znaku Jego śmierci, sensu nabiera każda śmierć, ale i każde życie. Patrząc na krzyż, wiem, że życie przechodzi przez etap śmierci, a ponieważ nie jest to etap końcowy – bo powstaje nowe życie – sens ma także to życie, które mam teraz.

W spojrzeniu na nagrobny krzyż łączę swoją niezgodę na śmierć z Chrystusową niezgodą na śmierć. Odnajduję w krzyżu kogoś, kto nie zgadzając się na nią, przyjął ją i pokonał. Prawo do niezgody na śmierć jest prawem przyzwoitego człowieka, usankcjonował je sam Chrystus.

Kiedy odnajdę na nagrobku krzyż, szukam miejsca, gdzie mogę postawić lampion, znicz czy położyć kwiaty. Bez krzyża, byłby to estetyczny zabieg zagłuszania niezgody na śmierć. Z krzyżem, każda forma ogłaszania nadziei, ma sens.

Itinerarium , , , , , , , , , , , ,

O ŻYCIU NA POZIOMIE

Sam sobie zadałem pytanie jak żyję, pytanie ważne, odpowiedź jeszcze ważniejsza. Zadałem sobie to pytanie już dawno, sam, nie czekając aż ktoś przypadkiem, po dłuższej przerwie w kontakcie, rzuci „Jak żyjesz”. Wtedy najlepiej na odczepne spokojnie można „lecieć z życiem” – „Jakoś leci” czy „Ano leci powoli”.

Byłbym zły na siebie, gdyby życie mi leciało. Wszystko leci, lata mi lecą, czas leci, zdaje się, że i złotówka ostatnio też leci, w dół. Byłbym zły na siebie, gdyby życie, jakoś czy powoli, ale leciało. Jak leci, to ucieka, jest poza nami, obok, wredne nie do zatrzymania. Bajka o tym, że jesteśmy pasażerami w pociągu życia, irytuje mnie, bo zakłada, że niewiele sami o życiu decydujemy.

Owszem, chleb, sen, ruch, powietrze, woda, to już zastajemy, to jakoś „my”, fizyczni i zespoleni z całą tkanką kosmosu. Ludzie, bliżsi i dalsi, wielkie bogactwo, jak głębiej się na to otworzymy, już mieszkamy w mieście szczęścia. Więzi z ludźmi umożliwiają dyfuzję dobra, piękna, miłości, życia nasze przenikają się, splatają, dopełniają i mnożą.

Jak żyję? Pracuję, chodzę, wdycham czyste porcje żwawego jesiennego powietrza. Słucham ludzi, ci, z którymi jestem blisko, przelewają w moje konwie radość, ciepło i siłę, mam nadzieję, że i ze mnie czerpią parę dobrych rzeczy. To jakaś odpowiedź, „jak żyję”.

A teraz jeszcze inaczej. Wszystko, czym Bóg zechciał się podzielić ze mną, z każdym z nas, to życie. Jego Życie. Podzielił się w darze. Mogę żyć jak Bóg, tak w istocie jest, mimo, że brzmi obrazoburczo. Bóg mógł nas zbawić tylko przez podzielenie się Swoim życiem. W tym darze, w Jego Życiu, jest wszystko, Radość, Miłość, Sens i Moc.

Jeśli możesz powiedzieć – na postawione sobie pytanie „Jak żyjesz?” – że żyjesz na poziomie Boga, żadna chwila ci nie ucieka, żadna nie umyka, żadna nie jest błaha i pusta. Życie nie leci, powoli czy jakoś. Żyjesz! Żyjesz życiem Boga, życiem, które jak wiadomo, jest bezkresne, coraz piękniejsze i głębsze.

Mogę, każdy z nas może, żyć Bożym życiem, na Bożym poziomie. Wtedy też Bożego wymiaru nabiera nasza miłość, radość, przebaczenie, a także moc. I to jest życie, ludzkie, ale poszerzone o Boskie. Życie na poziomie!

Itinerarium , , , , , , , ,

DOM W NAS

Śledzimy nowości w Internecie, oczy biegają po monitorze komputera. W odbiorniku telewizyjnym nieustannie zmieniają się obrazy, miejsca, zdarzenia, ludzie.

Ekran telefonu komórkowego podrzuca naszym oczom kolejne „krótkie wiadomości tekstowe”, czasem zdjęcia i filmy. Bilbordy przyuliczne sugerują co chwila mnóstwo fajnych rzeczy, do zakupienia, do obejrzenia i do przeżycia.

Czasu i sposobności na oglądanie siebie samego nie mamy prawie wcale. I rzadko albo nigdy nie oglądamy siebie. Nie znamy rozległych polan swojego serca, dolin i ścieżek własnych myśli, dobrych dróg swojej wyobraźni, ciepłych źródeł uczuć.

Trochę wiemy o świecie, patrzymy, słuchamy i czytamy, co się dzieje. Może trochę rozumiemy dlaczego tak się dzieje. Ale i tak w życiu chodzi o to, aby przebywać w najwspanialszym miejscu, jakim jesteśmy my sami. Jeżeli się nauczymy oglądać siebie i bywać u siebie, dopiero mamy gdzie zaprosić innych ludzi, przyjaciół, bliskich. Mamy dom, nasz dom. Mamy dom, gdzie – co również bardzo ważne – możemy przyjąć Boga.

Bywajmy jak najczęściej u siebie, oglądajmy siebie, mnóstwo przepięknych rzeczy do odkrycia jest w każdym z nas. Tak blisko do siebie mamy, ale i daleko, bo mało wierzymy, że to, co najlepsze, jest w nas.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , ,

PRZECIW RDZY

Pleśń zaczyna się zwykle w kąciku sera, od małej mgiełki czy pajęczynki. Jak się jej nie usunie w porę, zaatakuje całą połać. Rdza także niewinnie rozgaszcza się najpierw na naprożu samochodu, gdzie nie tykana rozpoczyna inwazję na resztę.

Kłopoty naszego ducha mają swój początek w małych sprawach. Najpierw weźmiemy raz czy dwa rozbrat z prawdą. Albo zaniechamy jakiegoś, nawet małego dobra. Bez powodu kogoś odrzucimy i odepchniemy. Wejdziemy w jakiś głupi spór czy hodowlę niezdrowych ambicji. Nie przebaczymy od razu błahostki.

Po to jest Pan Bóg, aby od razu uleczył i wyzwolił z małych nawet skaz i zadrapań. Żeby się cholerstwo nie rozpanoszyło. Po to jest cicha spowiedź, aby szybko duch nabrał jędrności. Po to jest „Ojcze nasz” na początek i koniec dnia, abyśmy odpuszczali winy, jako i nam zostały odpuszczone. Po to jest dziś nawrócenie, aby jutro było najlepiej.

Itinerarium , , , , , , , , , , ,

SEMPER MAIOR

Deus semper maior, dawna teologiczna maksyma, mówiąca o tym, że „Bóg jest zawsze większy”, ma różne wymiary. Bóg jest zawsze większy, od tego, co o Nim pomyślimy, co sobie o Nim będziemy wyobrażać i jak będziemy o Nim mówić.

Bóg jest zawsze większy od nas samych, choć najchętniej trzymalibyśmy Go w granicach naszego świata. Byłby wtedy na nasze posługiwanie. Bóg przerasta nasze słowa, nasze myśli, wyobrażenia, skojarzenia, doświadczenia i uczucia. Jest także większy od naszego serca.

„A jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i wie wszystko.” – odnotowuje św. Jan w swoim liście. Dzięki tej zbawiennej wielkości Boga, zawsze możemy wznosić się w naszych myślach, zaczynać na nowo, przekraczać znikome ludzkie granice i piąć się w sercu. Wielkość Boga jest gwarancją naszej wielkości, jest źródłem ludzkiego wzrostu i niejako magnesem dla rozwoju naszej istoty.

To wszystko jest bardzo ważne i decydujące dla możliwości rozkwitu człowieka. Gdybyśmy dorastali tylko do ludzkich wymiarów wielkości, nie byłoby sporej części poezji, wielu genialnych obrazów, symfonii czy niektórych wysublimowanych twierdzeń matematycznych.

Deus semper maior, Bóg zawsze większy, dlatego ciągnie nas powabem Prawdy, Dobra, Miłości czy Piękna, ale też wyciąga nas z zakamarków naszych grzechów, ciemnych dolin i złych potrzasków. Dzięki temu, że Deus semper maior, człowiek także może być coraz większy. Homo semper maior. Aż po granice samego Pana Boga. I jeszcze dalej, w nieskończoność.

Itinerarium , , , , , , ,