Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
To przykłady pytań, które
dziś padają rzadko, o ile w ogóle. Te i podobne pytania wracają w obliczu wojny
albo sekwencji innych nieszczęść. Odpowiedzi na te pytania napędzały rozwój naszej
cywilizacji przez wieki.
W tle jest jeszcze
jedno pytanie – czy jest Pan Bóg? Nie wiem czy na ciepły wtorek (w Polsce) nie
są to pytania za trudne.
Są trudne, ale
przecież nie żyjemy tylko, aby pracować, jeść, spać i w końcu przejść na
emeryturę i tak dalej.
Na smartfonach widać
to słabo. A może nawet w ogóle. Duch Pański napełnił okrąg ziemi, przenika
każde stworzenie, utrzymuje je w istnieniu.
Ale jak tu podziwiać
Ducha Pańskiego w lesie jak może ugryźć komar albo kleszcz? A jak się boso
biega po łące to kolce wbiją się w stopy. Co innego smartfon!
Duch Pański napełnił
okrąg ziemi, tę prawdę wczoraj głosiła nam liturgia Zesłania Ducha Świętego. Maki,
stokrotki, osty i śpiewaki o tym wiedzą i chętnie nam o tym opowiedzą!
Opis historycznego Zesłania Ducha Świętego brzmi nieco chaotycznie, ale
niesie mocne i dobre przesłanie. W oczach Pana Boga nikt nie jest gorszy,
wszyscy mają szansę na zbawienie.
Wszyscy są moimi siostrami i braćmi. Jesteśmy dziećmi jednego Boga, dzięki
temu, że napełnia nas ten sam Duch Święty.
Liturgia słowa
Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się
wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby
uderzenie gwałtownego wichru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały
się im też jakby języki ognia, które się rozdzielały, i na każdym z nich
spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić
obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić.
Przebywali wtedy w Jeruzalem pobożni Żydzi
ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się
tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak tamci przemawiali w jego własnym
języku.
Pełni zdumienia i podziwu mówili: «Czyż ci
wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? Jakżeż więc każdy z nas
słyszy swój własny język ojczysty? – Partowie i Medowie, i Elamici, i
mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz
Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z
Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie – słyszymy ich głoszących w
naszych językach wielkie dzieła Boże».
Wielokrotnie pisałem
tu o działaniu Ducha Świętego w ludzkich sercach i słowach, odwołując się do
doświadczenia z 2 czerwca 1979 r., kiedy św. Jan Paweł II z wiarą wzywał Ducha
Świętego do odnowienia naszej ziemi.
Naszym sercem może
rządzić miłość, zło i nienawiść albo obojętność. Chyba ta ostatnia dominuje
obecnie. Przyjęcie Ducha Świętego – trzeba o Niego tylko poprosić – jest swoistą
umową o współpracy z samym Bogiem, Jego mocą i miłością.
W Wigilię
uroczystości Zesłania Ducha Świętego proszę o Jego przyjście do mojego serca i
serca każdego z Was. Niech przez nasze serca działa sam Bóg, mocą Swojego
Ducha.
Arcybiskup Bolesław
Pylak odszedł wczoraj do szczęśliwej wieczności. Na pewno znajdziecie dużo
informacji o jego służbie Kościołowi lubelskiemu. Świadectwem tej służby jest
wiele kościołów i kaplic, o które mężnie walczył w trakcie swojego
pasterzowania.
Wspomnę dwie historie
moich spotkań z Arcybiskupem. Najpierw, na początku lat 90-tych ub. wieku,
poprosiłem o zgodę na budowanie w diecezji struktur Katolickiego Stowarzyszenia
Młodzieży (KSM). Wysłuchał uważnie i powiedział: „Jak dasz radę bracie, to rób
to, ja z serca błogosławię”. Pobłogosławił dobrze, bo do dzisiaj ta organizacja
funkcjonuje i dobrze wychowuje tysiące młodych ludzi do służby Bogu i ludziom.
Drugi raz poprosiłem
zgodę na prowadzenie w nowo powstałym Radiu Lublin audycji dla młodzieży – „Spojrzenia”.
Zapytał, czy diecezja ma za to płacić, bo jak tak, to będzie krucho bo koszty
wznoszenia świątyń są coraz wyższe. Odpowiedziałem, że finanse diecezji nie ucierpią.
Usłyszałem – „To z serca błogosławię!” Pobłogosławił dobrze, bo audycja gościła
w eterze ponad 20 lat.
Nie mam wątpliwości,
że przeżył swoją posługę w duchu obranej dewizy – In Te Domine Speravi (Tobie,
Panie, zaufałem). I że dzięki jego posłudze i błogosławieństwom Królestwo Boże
wzrosło w ziemi lubelskiej.
Przed dwoma tysiącami
lat rozpoczęła się dziejowa gra o sens historii i sens życia każdego z nas.
Jeden z ludzi, Jezus z Nazaretu ogłosił, że jest Synem Boga, dowodził tego
swoimi czynami i słowami. Za to skazano Go na śmierć. Jednak On znowu był żywy
po trzech dniach. Widzieli Go powstałego z martwych Jego uczniowie, inni w to
uwierzyli i zaczęli rozgłaszać najpierw w Jerozolimie, a potem po całym
świecie.
Za to stawiano ich
przed sądami i skazywano na śmierć. Spotkało to m.in. św. Pawła – „Paweł wołał przed Sanhedrynem: «Jestem
faryzeuszem, bracia, i synem faryzeuszów, a stoję przed sądem za to, że
spodziewam się zmartwychwstania umarłych».” (Dz 22)
Od z martwych wstania
Jezusa z Nazaretu i naszej wiary w ten fakt oraz moje z martwych wstanie zależy
wszystko, co najważniejsze. Jeśli w to wierzę, będę przebaczał, będę znosił
przykrości i obmowy, przetrwam cierpienie, będę trzymał się prawdy, chętnie
służył innym, zabiegał o pokój. A przede wszystkim będę zawsze starał się iść
drogami miłości.
W liturgii trwa nowenna (dziewięciodniowa modlitwa) wzywająca Ducha
Świętego przed uroczystością Jego Zesłaniem. Ten Duch potrzebny jest każdemu z
nas, wczytując się w słowa hymnu, znajdziemy w nich odpowiedź na nasze codzienne
duchowe problemy. Jesteśmy słabi i zmęczeni, On przynosi moc i odnowę. Miewamy mętlik
w głowach, On jest światłem, matowieje nasza miłość, On ją ożywia świętą
miłością. Przeciw smutkom On tryska w naszych sercach radością.
Trzydzieści lat temu,
4 czerwca 1989 r. chińskie czołgi rozjechały gąsienicami pokojową manifestację
studentów na placu Tiananmen w Pekinie. Zginęło ponad 2500 młodych ludzi. W ten
sposób władza zemściła się na obywatelach za nieposłuszeństwo i marzenia o
wolności.
Trzydzieści lat temu, trochę później bo w
Boże Narodzenie 1989 r., w Bukareszcie zamordowano komunistycznego dyktatora
Rumunii Nicolae Ceausescu, razem z małżonką Eleną. W ten sposób obywatele, w osobach
oficerów armii i sędziów, zemścili się na okrutnej władzy. Rumuni wstydzą się tej
egzekucji do dzisiaj.
Trzydzieści lat temu,
w niedzielę 4 czerwca, miliony Polaków (ja także) oddały głos w wyborach, które
rozpoczęły upadek komunizmu, najpierw u nas, potem w całej Europie Wschodniej,
łącznie ze zburzeniem muru berlińskiego. Obyło się bez krwawej zemsty.
Jestem dumny, że my
Polacy zdaliśmy trzydzieści lat temu egzamin z godności ludzkiej i chrześcijańskiej
wiary. Podobnie jak przed wiekami zdał go nasz rodak Jurand ze Spychowa. Tego się trzymajmy, siostry i bracia Polacy!
Jurand
słuchał opowiadania bez jednego drgnienia i ruchu, tak że obecnym zdawać się
mogło, iż pogrążony jest we śnie. Słyszał jednak i rozumiał wszystko, bo gdy
Hlawa zaczął mówić o niedoli Danusi, wówczas w pustych jamach oczu zebrały mu
się dwie wielkie łzy i spłynęły mu po policzkach. Ze wszystkich ziemskich uczuć
pozostało mu jeszcze jedno tylko: miłość do dziecka.
Potem sinawe jego usta poczęły
się poruszać modlitwą. Na dworze rozległy się pierwsze, dalekie jeszcze grzmoty
i błyskawice jęły kiedy niekiedy rozświecać okna. On modlił się długo i znów
łzy kapały mu na białą brodę. Aż wreszcie przestał i zapadło długie milczenie,
które przedłużając się nad miarę, stało się na koniec uciążliwe dla obecnych,
bo nie wiedzieli, co mają z sobą robić.
Na koniec stary Tolima, prawa
Jurandowa przez całe życie ręka, towarzysz we wszystkich bitwach i główny stróż
Spychowa, rzekł:
– Stoi przed wami, panie, ten
piekielnik, ten wilkołak krzyżacki, który katował was i dziecko wasze; dajcie
znak, co mam z nim uczynić i jako go pokarać?
Na te słowa przez oblicze
Juranda przebiegły nagle promienie – i skinął, aby mu przywiedziono tuż
więźnia.
Dwaj pachołkowie chwycili go w
mgnieniu oka za barki i przywiedli przed starca, a ów wyciągnął rękę, przesunął
naprzód dłoń po twarzy Zygfryda, jakby chciał sobie przypomnieć lub wrazić w
pamięć po raz ostatni jego rysy, następnie opuścił ją na piersi Krzyżaka,
zmacał skrzyżowane na nich ramiona, dotknął powrozów – i przymknąwszy znów
oczy, przechylił głowę.
Obecni mniemali, że się namyślał.
Ale cokolwiek bądź czynił, nie trwało to długo, gdyż po chwili ocknął się – i
skierował dłoń w stronę bochenka chleba, w którym utkwiona była złowroga
mizerykordia.
Wówczas Jagienka, Czech, nawet
stary Tolima i wszyscy pachołkowie zatrzymali dech w piersiach. Kara była
stokroć zasłużona, pomsta słuszna, jednakże na myśl, że ów na wpół żywy starzec
będzie rzezał omackiem skrępowanego jeńca, wzdrygnęły się w nich serca.
Ale on, ująwszy w połowie nóż,
wyciągnął wskazujący palec do końca ostrza, tak aby mógł wiedzieć, czego
dotyka, i począł przecinać sznury na ramionach Krzyżaka.
Zdumienie ogarnęło wszystkich,
zrozumieli bowiem jego chęć – i oczom nie chcieli wierzyć. Tego jednak było im
zanadto. Hlawa jął pierwszy szemrać, za nim Tolima, za tymi pachołkowie. Tylko
ksiądz Kaleb począł pytać przerywanym przez niepohamowany płacz głosem:
– Bracie Jurandzie, czego
chcecie? Czy chcecie darować jeńca wolnością?
– Tak! – odpowiedział
skinieniem głowy Jurand.
– Chcecie, by odszedł bez
pomsty i kary?
– Tak!
Pomruk gniewu i oburzenia
zwiększył się jeszcze, ale ksiądz Kaleb, nie chcąc, by zmarniał tak niesłychany
uczynek miłosierdzia, zwrócił się ku szemrzącym i zawołał:
– Kto się świętemu śmie
sprzeciwić? Na kolana! I klęknąwszy sam, począł mówić:
– Ojcze nasz, któryś jest w
niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje…
I odmówił „Ojcze nasz” do
końca. Przy słowach: „i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym
winowajcom”, oczy jego zwróciły się mimo woli na Juranda, którego oblicze
zajaśniało istotnie jakimś nadziemskim światłem.
A widok ów w połączeniu ze
słowami modlitwy skruszył serca wszystkich obecnych, gdyż stary Tolima o
zatwardziałej w ustawicznych bitwach duszy, przeżegnawszy się krzyżem świętym,
objął następnie Jurandowe kolano i rzekł:
– Panie, jeśli wasza wola ma
się spełnić, to trzeba jeńca do granicy odprowadzić.
– Tak! – skinął Jurand.
Coraz częstsze błyskawice
rozświecały okna; burza była bliżej i bliżej.
(Henryk
Sienkiewicz, KRZYŻACY, rozdz. XXV)
PS. Dla
mniej oczytanych: Krzyżak Zygfryd wyłupił Jurandowi ostanie oko i porwał córkę,
Danuśkę, więził ją, co przypłaciła utratą zdrowia, a potem i życia.
Dzisiaj
dominuje praktyka wyrzucania rzeczy, które choćby trochę się zepsuły czy
zniszczyły. Liczy się to, co nowe, inne, niekoniecznie lepsze.
Podobne
podejście zaczyna się przenosić na odniesienie do ludzi, czego przykładem jest rosnące
poparcie dla eutanazji, eksperymentów z zakresu eugeniki czy pozostawianie
samym sobie ludzi starych oraz podniszczonych bezdomnością lub nałogami.
Zupełnie inną pedagogikę
stosuje Pan Bóg – „On nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o
nikłym płomyku” (Iz 42, 3). Mamy taką samą misję – ocalania ludzi, podnoszenia
ich po złamaniach, rozniecania nadziei na zmianę i rozbudzania chęci do życia.
Spotkamy dzisiaj i w
całym tygodniu wielu ludzi, którzy czekają na nasze słowa, gesty i czyny
niosące im nadzieję, radość i umocnienie. Tak możemy naśladować Chrystusa, tak
stajemy się światłem, o którym On mówił – „Wy jesteście światłem świata” (Mt
5,14).
Niemożliwe jest
możliwe. Albo inaczej – nie ma rzeczy niemożliwych. Jestem tego świadkiem, ja i
wiele osób z mojego pokolenia, świadkami jesteśmy my, którzy staliśmy 40 lat temu, 2 czerwca
1979 r. na Placu Zwycięstwa w Warszawie i słyszeliśmy wołanie Jana Pawła II – „Niech
zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”. Nie tylko słyszeliśmy te
słowa, ale doświadczyliśmy, że Duch zstępował i odnawiał.
Skąd ta moc w wołaniu
jednego człowieka? Co może jeden człowiek? W Nim, w Janie Pawle II działała
trojaka moc – moc modlitwy, moc wiary i moc miłości. Te moce czynią możliwym
to, co wydaje się niemożliwe.
Pięknie życzę, aby
wszystko co uznajecie za niemożliwe stało się możliwe, tak będzie dzięki waszej
modlitwie, wierze i miłości.