Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
Jeszcze jako tako słyszę, jeszcze jako tako widzę, pomimo okularów. I jestem z tego powodu szczęśliwy, co nawet potwierdza Ewangelia: „Szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli.” (Mt 13)
No właśnie, co dzisiaj zobaczę i co usłyszę? Zobaczę ludzi, których znam, poznam też nowych. Zobaczę drzewa, większość z nich znam, nawet się lubimy, zwykle popatrzymy na siebie, pozdrowimy się i uśmiechniemy do siebie, każdy po swojemu. Zobaczę ulice i samochody, kamienice i wieżowce, wiejskie chaty i przynajmniej dwie rzeki – Wieprz i Tyśmienicę.
Usłyszę głosy ludzi, których bardzo lubię i kilka głosów, które dopiero poznam, ale też polubię. Usłyszę coraz bardziej rozświergotane sikorki, one w końcówce stycznia świergolą już bardzo ochoczo. Może głos karetek, zawsze się wtedy krótko modlę, za tych co ratują i za tych co są ratowani.
No i to jest całe moje szczęście na dzisiaj. Absolutnie wystarczy. Nie czekam na żadne inne szczęście, to dzisiejsze jest najważniejsze.
Codziennie czytam raporty o liczbach zakażonych i zmarłych wskutek wirusa, niedługo minie rok, jak znaleźliśmy się w nowej sytuacji. Uczestniczyłem w zbyt wielu pogrzebach zmarłych, pokonanych przez covida, aby uznać, że to tylko mała awaria w systemie, z którą zaraz sobie poradzimy.
Widzę, że z wirusem przegrywają kolejne potężne środki, jakimi dysponuje nasze pokolenie. Wirus jest silniejszy od pieniędzy, od cudów techniki i od mediów społecznościowych, przegrywają z nim nasze smartfony, laptopy i najszybsze Internety. Dziwi mnie i trochę śmieszy udawanie, że zaraz wszystko będzie po staremu. Kompletnie nieudaną atrapą są mecze bez publiczności, koncerty online z internetowymi widzami i wirtualne wystawy. Udajemy, że nasza cywilizacja nadal ma się dobrze, trochę tak jakbyśmy wmawiali sobie, że proteza to prawdziwa noga, tylko całkowicie plastikowa.
No dobrze, to czego się trzymać? Ja staram się trzymać czegoś , co wszystko przetrzyma, co wszystko znosi i we wszystkim pokłada nadzieję. I nigdy nie ustaje.
Miłość
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje
Będziesz miłował Pana Boga swego, znamy to pierwsze przykazanie. Bardzo chcę wypełniać to przykazanie, ale moje oczy domagają się zobaczenia Go, przynajmniej tyle, choć chętnie bym też Go usłyszał i na chwilę dotknął. Nie mam żadnych wizji, w których jakoś tam bym Go ujrzał.
Może dla kogoś z Was nie jest to kłopot i umiecie kochać Pana Boga bez widzenia i słyszenia. Cieszę się, że wielu ludzi przede mną też szukało odpowiedzi na pytanie jak kochać Boga, skoro Go nie widać, nie słychać i nie czuć. Przynajmniej dwie drogi znam ze swojego doświadczenia, potwierdzanego przez moich przodków w wierze. Kilka tysięcy lat temu autor biblijnej Księgi Syracha (rozdz. 43) cieszył się poznaniem Boga tak oto:
Rozrzuca On śnieg jak osiadające ptaki, a jego opad jak chmara szarańczy. Piękność jego bieli zadziwia oko, a takim opadem zachwyca się serce. On szron jak sól rozsiewa po ziemi, który marznąc jeży się ostrymi kolcami. Gdy mroźny wiatr północny zawieje, ścina się lód na wodzie i kładzie się na całym zbiorniku wód, przyodziewając go jakby pancerzem.
No to mam też śniegi, szrony i lody. Patrząc na nie i czując je staram się kochać Boga, który to wszystko wymyślił. Rewelacja!
Drugą drogę przeszedł św. Jan Apostoł i tak ją opisał: „kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi.” A ja widzę ludzi, bardzo mi się podobają. Może nawet najbardziej ci, o których inni mówią, że są brzydcy i zniszczeni. Widzę ich, słyszę i dotykam.
Lody, śniegi, mrozy. Ludzie, kobiety i mężczyźni. Pewnie jeszcze dużo więcej. Wystarczająco, aby kochać Pana Boga.
Mróz skacze powyżej 20 stopni, dla nas to nic, ale dla Naszych to naprawdę bestia ze Wschodu. Dla Naszych, czyli bezdomnych w Lublinie. Nie zostawimy ich samych przecież w takie zimna.
Jedziemy zatem, wieczorem. Mamy ze sobą kołdry, ciepłe kurtki, buty zimowe, polopiryny i wszystko inne, gorącą zupę, herbatę i latarki. Latarki, bo bez nich nie znajdziemy kogoś w śmietniku czy zawalisku.
Jest pan Piotr, w śmietniku żyje (bo przecież nie mieszka) od dwóch lat. Z radością bierze kołdrę, ma już materac i koc. Chlipie gorącą zupę, łyka magnez, witaminę c i aspargin. Nie pójdzie do noclegowni, jest odludkiem, samotnikiem. Lubi nas, bo nie żądamy dokumentów a jeszcze coś przywieziemy.
Pana Jurka odwiedzamy w pustym, walącym się budynku w pobliżu centrum Lublina. Wchodzę z latarką i widzę – po raz pierwszy w życiu – białoczarnego szczura! Naprawdę białoczarnego, jestem trzeźwy! Obok legowiska Jurka leży jednak martwy szczur, zwykły i szary. A przy szczurze butelka po denaturacie. Jurek wypił denaturat i żyje, a szczur pewnie pociągnął łyka i zmarł. Taka wyższość człowieka nad gryzoniem. Pana Jurka straszymy, że te szczury w końcu go zjedzą, udaje się! Nazajutrz jest już w noclegowni, jasne, że pan Jurek.
Najgorsze są przypadki samotników, jak się komuś coś złego zdarzy, to nic tylko skonać bez pomocy. Dlatego błogosławione są konkubinaty albo przedziwne komuny, przynajmniej ktoś może polecieć po pogotowie. W komunie trzech panów na ostatnim piętrze jest nawet pies, taki specjalista od chwytania kaczek. A Ewa ze Zbyszkiem mają swój konkubinat na siedmiu metrach kwadratowych, dokładnie policzyłem. Szerokość 3,5 metra, długość 2 metry. Mały barak na obrzeżach miasta, 21 wiek, ale takie wynalazki jak prąd, woda, gaz czy ogrzewanie, są tu nieznane. Za to sprawność intelektualna Ewy wzorowa, rozwiązuje krzyżówkę – przeciwniczka żydów na 11 liter? Antysemitka! Wpisuje przy tlącej się świeczce i pasuje!
Piszę o lubelskim mobilnym Gorącym Patrolu, od początku stycznia codziennie kolędujemy w pustostanach, na działkach, w zawaliskach, śmietnikach i piwnicach. Przy okazji testujemy ewentualne zakażenie kowidem. Podnosimy z Anetą z wilgotnej nory Marka, lokujemy w samochodzie. Po minucie mówię do Anety – Węchu na pewno nie straciłem … Ona: – Ja też, cuchnie okropnie! No cuchnie, cuchnie, ale to człowiek. Teraz już nie cuchnie, bo wykąpał się, przebrał i odwszawił. Tylko nie nadążamy z papierosami dla niego, bo jak pali to nie myśli o piciu.
To wozimy te zupy i kołdry, rozmawiamy z ludźmi, potem – jak się zgodzą – dajemy łóżka w naszych domach. Są ludźmi uratowanymi.
Miłosierny gość z Samarii, z Ewangelii. Zatrzymał się, opatrzył zranionego, wsadził na swoje bydlę. Uratował umierającego. Próbujemy jakoś, pewnie słabo, iść śladami tego Samarytanina.
Teraz prośba – koszt utrzymania jednego mieszkania (a mamy dwa, przygotowujemy też jeszcze dom) miesięcznie to 2 500 złotych. Szukamy wsparcia, więc jak możecie to choćby w ten sposób podnoście razem z nami. A jeśli chcecie do nas dołączyć i podnosić własnoręcznie to bardzo prosimy o kontakt.
Michał pił codziennie tanie alkohole przez kilka lat, trudno policzyć czy pięć czy siedem. Prawie w ogóle nie trzeźwiał. Aż cud, że jeszcze ma wątrobę i trzustkę. Nie pije od trzech lat, powoli układa sobie nowe życie – „To, co najgorsze chyba mam za sobą, Pan Bóg mi pomógł.”
Krzysztof rzucił papierosy po 30 latach. Olśniło go, że może w ten sposób zaoszczędzić i wesprzeć syna, który założył rodzinę, na świat przyszły wnuki – „Naprawdę ich kocham!”
Po ilu latach Maria Magdalena zmieniła swoje życie? Nie wiemy, ale zmieniła i modlimy się do niej w litanii do Wszystkich Świętych. Po ilu latach złodzieje typu Mateusz i Zacheusz, porzucili swoje dawne fachy i zaczęli wspomagać ubogich? Nie wiemy, ale we wspomnianej litanii też są.
Michał i Krzysztof też są w tej litanii, przecież jest do Wszystkich Świętych.
Zawsze możemy się odbudować i wygrać swoje życie. Przez wiarę i przez miłość. Taka jest piękna prawda o Ewangelii i o życiu.
W starym rosyjskim powiedzonku mówi się, że czterdzieści kilometrów to nie spacer, pięćdziesiąt stopni to nie mróz a sześćdziesiąt procent to nie wódka. Dwudziestostopniowe mrozy, jakie ostatnio nawiedzają Polskę zyskały już miano kataklizmu, dla mojego pokolenia to jednak tylko wspomnienie normalnej styczniowej i lutowej zimy.
Nikifor jeden z rosyjskich starików, duchowych mędrców, mieszkał w pustelni pod Uralem, gdzie mrozy były ponad 20 stopni i to od października do kwietnia. Wokół jego pustelni zawsze jednak w promieniu kilku metrów zieleniła się trawa i kwitły kwiaty, motyle przeskakiwały na nich a pszczoły nie miały urlopu. Mieszkańców pobliskiej wioski widok ten nie dziwił – „Nikifor się modli, zawsze ma wiosnę!”
Siostry i bracia, modlitwa i miłość, to nasze wiosny, dzisiaj, jutro i każdego dnia.
W każdą niedzielę słyszymy fragment Ewangelii i dobrze, jeżeli pozostanie w nas jakaś myśl, inspiracja, coś co możemy wprowadzić w swoje życie.
Co z dzisiejszej? Bądźmy ludźmi! Jezus zaprosił dwóch ludzi do siebie do domu. Co robili? Pewnie jedli, pili, żartowali, rozmawiali i co jakiś czas korzystali z łazienki. Wszystko było bardzo ludzkie, zwykłe, bez cudów i nadzwyczajności.
To zwykłe ludzkie spotkanie sprawiło, że Andrzej i Piotr odkryli w Jezusie Syna Bożego, Mesjasza.
Bądźmy ludźmi. Rozmawiajmy, żartujmy, pijmy razem kawę czy herbatę. Wszystko ma być szczere, proste, z sercem i duszą. To, co ludzkie, prowadzi nas do odkrywania Bożego świata.
Bądźmy ludźmi. To biorę z dzisiejszej Ewangelii i wam polecam.
Ewangelia:
Jan stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: «Oto Baranek Boży». Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem.
Jezus zaś, odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?»
Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?»
Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej.
Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa.
A Jezus, wejrzawszy na niego, powiedział: «Ty jesteś Szymon, syn Jana; ty będziesz nazywał się Kefas» – to znaczy: Piotr.
Nie mam wątpliwości w moc duchowego wsparcia. Otrzymywałem je i otrzymuję na pewno od kilkunastu, może nawet kilkudziesięciu osób. I sam staram się go udzielać.
Są ludzie, za których modlę się codziennie. I tacy, o których myślę z wielką życzliwością, dobre myśli naprawdę wspomagają. Są ludzie, którzy dzwonią do mnie albo ja do nich, czasem jest to krótka wymiana zdań. I są tacy, z którymi obmyślam dobre dzieła (a potem je robimy), wtedy duchowe moce mkną w obie strony, umocnienie jest dla każdej strony.
Piszę o tym, abyśmy wiedzieli, że tak właśnie działa Pan Bóg. Tak Jego moc przenika nasze życiorysy.
Z konieczności wysłuchałem wielu kazań, w których piętnowano ludzkie słabości, grzechy, amoralność i upadki. Mam nadzieję, że sam takich nie prawiłem. Ilekroć jednak takie słyszałem, czułem się przynajmniej trochę zbity, schłostany i pokopany.
Podobne kazania – być może pod wpływem tych kościołowych – rodzice wygłaszają swoim dzieciom, małżonkowie sobie nawzajem, szefowie podwładnym, urzędnicy interesantom a nawet sprzedawczynie klientom. Wspólna nutą jest poniżanie drugiego, a co za tym idzie wywyższanie siebie, autora kazań (którychkolwiek).
Jak to jest w Ewangelii? Jak Chrystus głosił swoje kazania? Biorę też to do siebie. No co powiedział Pan Jezus jawnogrzesznicy? Ty, taka i owaka. Co złodziejowi Mateuszowi? Och, ty, taki i owaki. I co ojciec powiedział do syna, który roztrwonił majątek z nierządnicami, czyli w burdelach? Coś ty, zrobił … taki i owaki?
Nie, Chrystus nikogo nie poniżył. Przeciwnie, każdego podnosił, dźwigał, wzmacniał i uskrzydlał.
Ja o tym będę pamiętał w swoich kazaniach, wy też pamiętajcie o tym, zanim zrobicie awanturę swoim wrednym dzieciom, ciągle niepoprawnym mężom i żonom, zanim ochrzanicie spóźniających się pracowników („Oj, panie Janie, świetnie, że pan się dziś spóźnił tylko o godzinę, normalnie to pan spóźniasz się całe dwie!”), zanim powiecie obywatelowi, że druczek wypełnił koślawo, zanim krzykniecie do gości w kolejce – „Gdzie się pchasz?”
Ewangelia to sztuka podnoszenia ludzi, diabeł specjalizuje się w ich poniżaniu.
Wielu z nas ucieszył pierwszy śnieg tej zimy. Zasłyszałem zdanie, że może to znak iż wszystko zaczyna wracać do normy. Tego nie wiem. Wiem jednak, że mnie śnieg i mróz nastrajają do chwalenia Pana Boga, zgodnie zresztą z hymnem wykrzyczanym jakieś trzy tysiące lat temu przez proroka Daniela i na szczęście zapisanym w Biblii.
Każdemu z was życzę, aby wam dusze się rozjaśniły i uniosły, aby rozbrzmiały uwielbieniem Tego, kto wymyślił lody i śniegi, mrozy i zimna. One też Go wielbią, puszystością, skrzeniem się, soplami, szronami i płatkami. Tak, jak najprościej potrafią. I tak my próbujmy.
Mrozy i zimna, błogosławcie Pana, chwalcie i wywyższajcie Go na wieki! Lody i śniegi, błogosławcie Pana, chwalcie i wywyższajcie Go na wieki!