Strona o Bogu i życiu dla niewierzących, wierzących, wątpiących, poszukujących, tych, którym się wydaje, że wierzą i tych, którym się wydaje, że nie wierzą. Ks.Mieczysław Puzewicz
No mało, mało dni do świętowania Narodzin Pana Jezusa, impreza na cześć Jego urodzin w trakcie, znaczy się poszukiwanie choinek i obliczanie gdzie karp najtańszy. Tak, jestem daleko od tych form martwienia Pana Jezusa. Boże Narodzenie, to gra kolorów, przede wszystkim bieli i czerni oraz wszelkich półcieni.
Sam jestem najlepszym przykładem mieszania się światła i ciemności, grzechu i zrywów od niego, dobra, którego chcę i zła, które przy okazji się mi przydarza. O tym, w formie medytacji o kolorach Bożego narodzenia możecie poczytać na końcu wpisu, w tekście, który napisałem w ubiegłym wieku.
Dzisiaj zaproszę Was do spotkania z Salvatore Martello, burmistrzem Lampedusy, uratował przynajmniej kilka tysięcy ludzi, już samo jego imię Salvatore (Wybawca), wzywa do ratowania uchodźców, brawo! Kto mieszka blisko pięknego miasta Łodzi, niech tam przybywa w niedzielę 12 grudnia do łódzkiej archikatedry na 12:30, tam abp Grzegorz Ryś wręczy mu Orła Karskiego, jakie święto! Tam będę, jak nie możecie, w swoich laptopach włączcie wtedy na stronie www.noweradio.pl , będzie transmisja. O Salvatore przeczytacie tutaj: https://www.ekai.pl/s-martello-jestem-rybakiem-lowiacym-ludzi-morza-by-w-nim-nie-toneli/
I jeszcze kilka wieści z lubelskiego podwórka. Samrawit od poniedziałku podejmie pracę, będzie takim żywym i prawdziwym call center w języku angielskim i uchodźczym. Trochę możecie ją podejrzeć w Polsacie (telewizja) dziś lub w niedzielę w Wydarzeniach.
Dobrze, więcej już nie poczytacie teraz, reszta w najbliższym czasie.
Medytacja
Narodzenie Boga odbywa się w scenerii dwóch najbardziej podstawowych kolorów – bieli i czerni, wyrażonych w Ewangelii za pomocą pojęć: Noc (Ciemność – Mrok) i Dzień (Światło – Jasność). W tych kolorach Boże Narodziny były zapowiadane:
Nad mieszkańcami kraju mroków
Światło zabłysło
Naród kroczący w ciemnościach
ujrzał światłość wielką.
Proroctwo to zostało wypowiedziane przez Izajasza (9,1) na ok. 700 lat przed zdarzeniami w Betlejem.
Gdy Jezus rodzi się, w stajni panuje noc. Ale oprócz wskazywania na czas, noc symbolizuje także całą historię człowieka sprzed wydarzeń betlejemskich. Streszcza także historię życia każdego z nas, zanim pozwolimy wejść Bogu w nasze życie.
Światło przyszło na świat
lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność
aniżeli światło. (J 3,19)
Światło jest źródłem życia (np. bez słońca nie ma rozwoju roślin), daje ciepło i wytwarza energię. Dzięki światłu mamy poczucie bezpieczeństwa, możliwość rozróżniania i widzimy jakąś drogę. To są skutki Narodzin Światła dla ludzkiego serca. O niczym i o nikim, nie możemy powiedzieć bardziej pewnie, że jest Światłem, jak o Bogu:
Bóg jest światłością
i nie ma w Nim ciemności. (1J 1, 5)
Narodzenie Boga odbywa się w jaskrawym kontraście światła i ciemności, bez wielobarwnych tęcz, kolorowych fajerwerków i igrającej mozaiki wszelkich zieleni, czerwieni i niebieskości. Bo podstawą wszystkich innych kolorów jest światło. To, co najważniejsze dla światła, musiało rozegrać się w najbardziej podstawowych kolorach:
Światłość świeci w ciemności
a ciemność nie ogarnęła jej. (J 1, 5)
Odtąd dla każdego już, ta Betlejemska Światłość – symbolizowana w choinkowych „światełkach” – będzie rozstrzygała o wartości i sensie jego losu (zgodnie z zapowiedzią Jezusa – Światłości):
W notatce na początek tegorocznego Adwentu napisałem, że będę zajmował się w tym czasie dwoma sprawami. Po pierwsze romansem Pana Boga z młodą Żydówką, Marią z Nazaretu. A po drugie skutkami przekształcenia małej spółdzielni rybackiej założonej przez Jezusa w gigantyczną Korporację zwaną Kościołem Katolickim, do której należymy my wszyscy ochrzczeni, a tacy jak ja, po święceniach kapłańskich mają w niej nawet funkcje koordynacyjne. Cały tamten wpis, sprzed 13 dni znajdziecie niżej.
Tymczasem już w czwartym dniu Adwentu musiałem zająć się mocniej sprawami bieżącymi, głównie związanymi z dramatami na granicy z Białorusią i w ogóle z uchodźcami. Dla mnie temat nie jest nowy, zaraz minie 30 lat jak spotkałem pierwszych uchodźców w Lublinie, to były siostry i bracia z Bośni, w czasie tamtejszych wojen.
Czy zaniedbałem wątek romansu Pana Boga z młodą Żydówką? Ten najbardziej fantastyczny romans w historii świata? Okazało się, że chciałem się wymądrzać, prawić celne komentarze. Pan Bóg zaprosił mnie jednak na zajęcia praktyczne, każąc porzucić spekulacje. Pan Bóg nie zaprzestał romansów z młodymi dziewczynami i paniami w drugiej czy trzeciej młodości. Lista takich pań rośnie mi z dnia na dzień. Bo czyż Samrawit, o której piszę od kilku dni (ciut więcej dalej), nie została wysłana przez Najwyższego z dalekiej Etiopii do Lublina? Tak jak Maria z Dzieciątkiem z Betlejem do Egiptu? Bo czyż Irena, młoda Ukrainka, którą dziś poznałem nie została wysłana ze swojej wioski pod Żytomierzem do Lublina, z trzymiesięczną córeczką (o niej zaraz)?
A ta Korporacja, wyrosła z małej spółdzielni rybackiej przy jeziorze Genezaret, to czyż nie są w niej np. Siostry Nazaretanki, które oddały swój klasztor dla uchodźców w Lublinie? Przy okazji, kto grzał plecy na Majorkach i innych Balearach, a nie poznał Tyberiady, ma przynajmniej grzech zaniedbania.
Samrawit poszukuje pracy, zna angielski, polskiego uczy się od dni paru, więc biegle zabłyśnie pewnie za parę miesięcy, zna też tigrajski i inne dialekty etiopskie. Może ktoś coś? Na dodatek wirus w koronie rozgościł się w klasztorze, gdzie śpi i jada dziewczyna, więc na razie praca zdalna.
A Irina czy Irena, to już mały kosmos, Boży kosmos. Telefonicznie umawiałem się na spotkanie z młodą Ukrainką, partnerką równie młodego Turka, z pięciomiesięczną córeczką. Jednak moje wspaniałe współpracowniczki (30 % z nich ma na imię Aneta), coś pokręciły – a może i ja, mniejsza o to – i się probiło.
Wpadam do biura, jest młoda Ukrainka z maleńką córeczką, myślę, że pewnie to ta od Turka. Rozmawiamy, krew mi się burzy, jedna z wielkich korporacji handlowych, ogólnopolska z siedzibą w Lublinie, zleciła zatrudnianie i zamieszkanie zatrudnionych innej firmie. A taż firma oznajmiła Ukraince i Turkowi, że muszą wynieść się ze swojego pokoju do 10 grudnia, bo coś tam. Patrzę w kalendarz, jest 9 grudnia. Ale przecież Wszechmogący ma mieszkań wiele w niebie, na ziemi mniej, ale niektóre oddał w moje rozporządzanie. Jedno z nich właśnie 9 grudnia zagarnęliśmy od emerytowanej pani profesor filozofii z UMCS i jej przyjaciela, zatem Irina od jutra ma dach nad głową. Swoją drogą, może zrobimy ranking polskich firm łupiących bezwzględnie Ukrainki i Ukraińców? Lubelskie załapałyby się może nawet i na podium. Na koniec gratuluję Irenie i zaczepiam by pozwoliła mi poznać ukochanego Turka. A ona całkiem spokojnie:
– Ja mam męża z Ukrainy … To Vadim …
Jedna z Anetek, współpracowniczek wlepia we mnie śliczne oczęta i świergoli:
– Ojej, ta Ukrainka od Turka, to jutro przyjdzie, tu jest zupełnie inna. Nie widzisz? Przecież ta dziewczynka ma trzy miesiące, a ta co, jutro przyjdzie ma córeczkę pięciomiesięczną. Każdy głupi od razu by poznał.
No, nie każdy. Na szczęście mamy jeszcze kilka wolnych pokoi od Wszechmogącego.
Na zdjęciu Boże Narodzenie, które 9 grudnia sprawiliśmy dzieciom uchodźców ośrodkach w kol. Horbów i Bezwoli, m.in. dzięki Waszym wpłatom, Bóg zapłać.
Konto:
SWIFT/BIC: PKOPPLPW
IBAN: PL 36 1240 1503 1111 0010 1529 8952
Stowarzyszenie Solidarności Globalnej
Ul. Gospodarcza 2
20-217 Lublin
Tytuł: darowizna na cele statutowe
NIE ZARZYNAJCIE KARPIA I NIE ŚĆINAJCIE DRZEWEK ZIELONYCH
Kazanie 1 Niedziela Adwentu 2021 28 listopada
Bardzo czekałem na ten Adwent, na Boże Narodzenie nie czekam, bo Święta w obecnej formule są marnym przedstawieniem teatralnym. Warto przemyśleć i zacząć organizować obchody urodzin Pana Jezusa bardziej sensownie i ewangelicznie, ale o tym na końcu.
W starych, chyba mniszych żartach, jest jeden adwentowy i jeden, nazwijmy go tak, historyczny. Ten pierwszy mówi o Duchu Świętym powracającym z wizyty na Ziemi i odpytywanym przez Boga Ojca, co tam słychać. I Duch relacjonuje:
– Wiesz, Panie, do tej pory nie milkną echa Twojego romansu z tą piękną dziewczyną z Nazaretu, sprzed dwóch tysięcy lat. Duża część ziemian nadal się fascynuje tą historią, wszystkie inne pobożne opowieści o relacjach bosko – ludzkich bledną przy tym, co Ty wymyśliłeś.
Z kolei żart historyczny zaczyna się podobnie, a kończy mniej więcej tak:
– Wiesz Szefie, byłem na Ziemi i widziałem Kościół …
– Kościół? – odezwał się Szef, oderwawszy się na chwilę od nieskończonych myśli – co masz na myśli?
– Mówię Ci o tej małej spółdzielni rybackiej, jaką Twój Syn założył dwadzieścia wieków temu w Palestynie …
– I jak, trzyma się jeszcze jakoś ten biznes?
– Hm, powiem szczerze, że nawet rozwinęli się w dużą korporację, swoje oddziały mają na wszystkich kontynentach.
– A jakie wyniki?
– Wiesz, Szefie, jak to w korporacji … Ale o tym, już opowiem na następnych audiencjach.
Spróbuję, w następnych odcinkach Itinerarium opowiedzieć o skutkach Bożego, najświętszego ze znanych mi, romansu Pana Boga z nastoletnią Marią z Nazaretu, a także opisać – w kolejnych audiencjach – sytuację w naszej korporacji. Naszej, bo każdy z Was jest jej członkiem od chwili chrztu, a jeszcze bardziej po bierzmowaniu, a ja, klecha, mam jeszcze w niej jakieś funkcje koordynacyjne.
Co ze Świętami Bożego Narodzenia? Tak się składa, że kolację wigilijną z najbliższą rodziną spożyję – zjem normalnie mówiąc, bo spożywają to wszyscy od prałata wzwyż – już dzisiaj 28 listopada. Potem będę od moich bliskich daleko. Dzięki Bogu, porzuciłem już stawianie choinek, kupowanie prezentów, dwanaście potraw zamieniam na najwyżej dwie, tak zwanych „opłatków” unikam jak tylko mogę (prawie już całkiem mi się udaje). Od wielu lat siadam do wieczornego posiłku z osobami ubogimi, po więzieniach, z uchodźcami, z bezdomnymi. Jezu, jak jest normalnie, przepięknie! Jakbyście nabrali ochoty mam jeszcze jakieś pięćset (500) chętnych, którzy zasiedliby razem z Wami. Do rozpaczy doprowadzają mnie puste talerzyki – kilka razy pisałem już, że Pan Bóg kiedyś rozbije je nam z trzaskiem na głowach. Po co ten marny teatr? Przy tych talerzykach mogą siedzieć kobiety i mężczyźni żyjący w pustostanach. Na tych pustych talerzykach nawet mucha nie siądzie, bo wszak śpi do wiosny. Puste talerzyki świadczą o pustce naszych serc.
I jeszcze to zbiorowe zarzynanie karpi i trzebieni ślicznych świerczków, makabra! Poczytajmy Laudato si, papieża Franciszka, odłóżmy noże od karpich główek i siekiery od zielonych drzewek, błagam, siostry i bracia! Panu Jezusowi jest przykro, gdy widzi, że niby na Jego cześć zarzynamy złociste karpie i ścinamy młode drzewa.
Ach, kocham Boże Narodzenie, i nie lubię Świąt w tej wersji, jaką praktykujemy, niemal wszyscy, obecnie.
Na dołączonym zdjęciu zobaczycie część ze 190 paczek, które właśnie dzisiaj pojadą do Bezwoli i kolonii Horbowa, tam są nasze uchodźcze dzieci, z Czeczenii, Białorusi, Iraku, Afganistanu, Tadżykistanu, Mongolii, Syrii i z kilku krajów Afryki. To trochę spóźniony Mikołaj albo przedpremierowa Gwiazdka.
Boże Narodzenie jest świętem Pana Jezusa, narodzonego 2021 lat temu w Betlejem, a dziś ukrytego w ubogich, smutnych, samotnych, bezdomnych i uciekających ze swoich krwawiących ojczyzn.
Z radością oznajmiam Wam, że powoli ugaszczamy te siostry i braci, ukrytych w zmęczonych ciałach i twarzach uciekinierów. To dzięki waszej szczodrobliwości i hojności, dziękuję.
Piszę trochę ten dziennik w imieniu Samrawit (patrz poprzednie wpisy), młodej dziewczyny z etiopskiego Tigraju, wiem, że wielu z Was kibicuje jej biografii, pisanej już w Lublinie. Wczoraj, dzięki Waszym wpłatom, mogła zaopatrzyć się w ciepłe ubrania, buty i czapkę. I zaszczepiła się przed wirusem. Może niedługo pozwoli zaprezentować swoje oblicze. Jeszcze musi porozmawiać ze specjalistką od PTSD, poczytajcie w Internecie o czym wspominam.
Tak, Boże Narodzenie, paczki dla dzieci wielu narodów mieszkających tymczasowo w Przemyślu, w ośrodku dla uchodźców, pojechały już 5 grudnia, też dzięki Wam, dziękuję.
Jeszcze 15 dni i zaśpiewamy, że Bóg się rodzi, w Samrawit, w Przemyślu, wszędzie tam, gdzie chcemy Go przyjąć.
Brawa dla o. Filipa Buczyńskiego, wielkie brawa! Dzisiaj w zainauguruje działalność (jak to inaczej napisać?) pierwsze w Lublinie Okno Życia! To drugie – po łęczyńskim przy plebanii św. Marii Magdaleny – takie Okno w archidiecezji lubelskiej.
W Łęcznej żywa jest nadal tragiczna historia sprzed lat, kiedy młoda matka udusiła swoje dziecko i zostawiła je w śmietniku. Między innymi ten dramat zainspirował Mirosława Tarkowskiego, nauczyciela wuefu w jednej z lokalnych szkół, do starań o otwarcie Okna w mieście. Więcej o tym napisałem tutaj:
Teraz wracam do uchodźców. Dziękuję za zainteresowanie poprzednim wpisem o Samrawit, pisałem wczoraj pospiesznie, koryguję niektóre rzeczy i uzupełniam. Swoją ucieczkę z Tigraju zaczęła jednak poprzez Sudan, studiowała na kierunku „construction managment and technology” na uniwersytecie w Desji, środkowa Etiopia, może uda się jej skończyć studia w Lublinie. Może ktoś wie czy taki lub podobny kierunek jest w Lublinie albo gdzieś w Polsce, po angielsku? Proszę pisać na moim mesenger. Przy okazji dziękuje Bartkowi Jacynie za świetne uzupełnienie w komentarzu informacji o sytuacji w Etiopii. Samrawit uciekła w ostatniej chwili, matka pchnęła ją krzycząc – „Uciekaj! Uciekaj! Może Tobie uda się przeżyć!”. Udało się.
Wasze pieniądze, które ofiarowujecie – numer konta na końcu – przeznaczamy na funkcjonowanie domów dla uchodźców ale także na bieżącą pomoc naszym siostrom i braciom uciekinierom, niedawno wysłaliśmy ciepłe ubrania do kubańskiej rodziny w jednym z ośrodków, wkrótce przybędą do Lublina, w środę wyślemy podobne rzeczy dla czeczeńskiej familii w Białymstoku. Nadto wysłaliśmy chyba 10 ton jabłek do ośrodków położonych na wchód od Wisły, połowa była za darmo, reszta po 50 gr za kilogram.
Na koniec złe i dobre wieści o kolczastym drucie rozciąganym wytrwale na rzece Bug. Będą na nim ginąć łosie, jelenie, sarny, bobry, małe żyletki potną ich ciała, a przecież to są nasi „bracia mniejsi”, jak mawiał św. Franciszek, kocham te wszystkie piękne ssaki. Oby nie nadziali się na nie ludzie. I jeszcze o murach, o ile się nie mylę, ostatni raz mury czy kolczaste płoty wznosili w Polsce niemieccy naziści, myślę o grodzeniu gett i obozów koncentracyjnych, tak tylko przypominam ten fakt, bez emocji.
Dobre wieści są takie, że rzecznik Nadbużańskiej Straży Granicznej oświadczył, że „konstrukcja nie jest montowana na stałe”, nie wiem czy wspomniane wyżej ssaki zostały poinformowane o konieczności czasowego zaprzestania przemieszczania się przez Bug, z Białorusi do Polski i w drugą stronę. Jakby kto roztropny uznał, że już czas rozebrać ten płot/mur wstydu, od razu wysyłamy tam tuzin wolontariuszy do pomocy.
Samrawit – co za piękne imię i jak rzadko spotykane w Polsce – od wczoraj mieszka w Lublinie. Ona i je dwie koleżanki z Etiopii namieszały sporo w moim życiorysie w ostatnich trzech dniach.
W ostatnią sobotę, otrzymałem od Tomka Sieniowa wieść (pomaga prawnie uchodźcom w Instytucie Państwa Prawa w Lublinie, szef), że są trzy dziewczyny z Etiopii, cudem wydostały się z Tigraju, jednej z prowincji w tamtym kraju. W Tigraju, chyba słusznie zbuntowanym wobec rządu krajowego, władze rozpoczęły krwawą rzeź (nożami i bronią palną), nazwaną oficjalnie stabilizacją sytuacji. Samrawit udało się uciec, najpierw do Ugandy, potem przez Turcję trafiła do Polski. Jasne, niewielu z nas wie, gdzie Etiopia, a już Tigraj to kosmos, ja akurat wiem, bo często pijam kawę etiopską. Ale, nie łudźmy się, jak Putin ruszy na Ukrainę, a potem na Polskę (czemu nie, ponad 200 lat temu jego poprzednicy skutecznie Polskę podbili, przy cichej zgodzie całej Europy), mało kto w Kanadzie czy Australii potrudzi się, aby odnaleźć na mapie tak dziwnie brzmiące nazwy jak Lwów czy Lublin.
Wspomniany pan Tomek zapytał, czy mogę jakoś pomóc Samrawit i jej koleżankom, palnąłem od razu, że pomogę. Ale Samrawit może przyjechać do Lublina w poniedziałek wieczorem. A przecież w Polsce jest weekend, Najświętszy Weekend, znaczy się wielkie polskie pijaństwo i długie spanie.
Nie damy się, pomyślałem, spróbujemy. W sobotę wieczorem zajechałem do rozmodlonych Sióstr Białych w Lublinie (połowa jest oczywiście czarnoskóra), zgodziły się, że mają jeden wolny pokój, a jak pomyślały, wyszło im, że nawet trzy. Dobrze, dziewczyny z Etiopii mają już dach nad głową. Pan Tomek tego samego dnia oznajmił, iż przyśle mi jeszcze czteroosobową rodzinkę z Kuby, a znajoma, wspaniała Wiola z Ośrodka dla Cudzoziemców zapytała, czy znajdę mieszkanie dla sześcioosobowej familii z Afganistanu. Phi, ja nie znajdę, ale Wszechmogący załatwi to w pół godziny. Załatwił, bo obudziłem pewną sprytną Nazaretankę, wyszła do mnie w piżamie, ale wyglądało jakby była w habicie. Jakby nie było, oddała uchodźcom „klasztorek”, czyli dwanaście pokoi, dwie sale i kaplicę (nie wiem czy się przyda, jak się okaże, że goście
wzywają Allacha, zobaczymy). Potem jeszcze dołączyły się Franciszkanki Misjonarki Maryi, Ojcowie Biali i dwoje niehabitowych lublinian, m.in. emerytowana profesor filozofii z UMCS). I wtedy pomyślałem sobie, dobrze, panie Tomku i pani Wiolu, śmiało przysyłajcie tu nawet pół Etiopii i całą Kubę, dla Wszechmocnego to pikuś.
Za wodę, gaz, światło, trzeba zapłacić, normalna rzecz. Dzwonię do zaprzyjaźnionego Biskupa, będzie przez pół roku wpłacał po 1500 zł, zaprzyjaźniony kardynał dorzucił dwa razy więcej, dwóch innych jeszcze nie wiem ile, ale się dołączą. Prócz Kleru inni też, numer konta podaję na końcu.
Zatem w niedzielę wieczorem Wszechmogący zabukował prawie 40 miejsc, w tym chyba cztery w Łodzi.
Samrawit, dziękuję, nie było miejsca dla Pana Jezusa w Betlejem, ale w Lublinie jest miejsce dla Ciebie, Twoich koleżanek z Tigraju i dla połowy Etiopii, niech przybywają. Wszechmogący ma tu na Ziemi nieskończenie wiele mieszkań. Samrawit, w Tobie przecież Pan Jezus z Tigraju przybył, już mamy Boże Narodzenie!
Na zdjęciu jesteś z Anną Fridą, z sióstr biało – czarnych, całej Twojej Jezusowej twarzy nie dołączam, bo nie śpią zbiry, które chcą tylko Polski dla Polaków.
Siostry i bracia, kocham Adwent i wszystkie niespodzianki, jakie on ze sobą niesie, te cudowne i subtelne, a jakże radosne i wzniosłe wezwania do nawrócenia.
Mnie zaraz na początku tego Adwentu wezwał Pan Bóg do nawrócenia poprzez policję, wesołego brata bezdomnego (lekko na rauszu) i wirusa, i to na zasadzie trzy w jednym, czyli wszystkie czynniki razem.
Rzecz działa się w jednej z galerii handlowych w tym dziwnym (pełnym dziwów) mieście Lublinie. Pan Henryk (czyli wesoły brat bez domu) drzemał sobie słodko w holu tejże galerii. Dobre miejsce, bo bezpłatne i cieplutkie. Wkroczył tam patrol policji, ona i on, młodzi dzielni ludzie, od razu przyuważyli pana Henia, bez maseczki! I pan policjant śmiało stanął przy uchu pochrapującego brata wesołego i bezdomnego i oznajmił:
– Obywatelu, będę musiał wypisać mandat, bo nie ma pan maseczki!
Henryk otworzył oczęta, najpierw obrzucił miłym okiem czarnowłosą panią w mundurze, potem z całą powagą przyjrzał się panu w mundurze, pomyślał chwilę i spokojnie oświadczył:
– Pisz chu … od razu dwa, bo jutro też nie założę, jestem szczepiony! A i dopisz coś jeszcze za obrazę!
Ja, usłyszawszy tę sentencję, mało nie pękłem ze śmiechu, mam nadzieję, że Was też rozbawiła, myślę, że i Pan Bóg był zadowolony, że tak Mu się udał brat wesoły i bezdomny. Na pewno zaś podziałał na czarnowłosą strażniczkę prawa, bo rzuciła do kolegi, roześmiana:
– Weź go zostaw, ma rację.
I podreptali dalej za buziami bez masek.
A czemu się (trochę) nawróciłem? Bo dzisiejsza Ewangelia, pomimo Tyberiusza, Lizaniasza, Trachonitydy i Abileny, wzywa do zmiany życia na proste, bezpośrednie, radosne, Boże i szczęśliwe. Chodzi o to, żeby być sobą, bo wtedy najbardziej podobamy się Panu Bogu.
No to pisz Pan, dwa mandaty od razu i za obrazę coś dopisz! A, jeszcze, do wiosny coraz bliżej, bociany czują już w dziobach.
Ewangelia
Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i Trachonitydy, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni.
Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów, jak jest napisane w księdze mów proroka Izajasza:
«Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina zostanie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte staną się prostymi, a wyboiste drogami gładkimi! I wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże». (Mt 3,1-6)
Mam nadzieję Iza, że się nie obrazisz za publikację Naszego Wspólnego zdjęcia, ktoś z wolontariuszy zrobił je podczas kolędy, zanotowałem, że było to 13 stycznia tego roku.
Umarłaś wczorajszej nocy, jesteś już Tam, gdzie i ja, i wszyscy czytający ten wpis, dotrą kiedyś. Znaliśmy się tak zwane ładnych parę lat. W zasadzie zaprzyjaźniliśmy się, wiesz, że to prawda. Nie wiem jak nazwać Twój Dom, bo jest to chyba dawny kiosk albo barak pracowniczy, prawie w centrum Lublina. Nie myślałaś o swojej sytuacji, że jesteś bezdomna, domem był ten stary kiosk, jasne, że bez światła (poza świeczkami i latarkami), bez wody (tylko w butelkach plastikowych), bez toalety (ale przecież dookoła jest chyba pół hektara pustego placu), bez kuchni (ale był palnik, dokupowaliśmy z wolontariuszami butle pięciolitrowe), bez łazienki (ale były dwie miski). Miałaś po prostu Alternatywny Dom.
Tu, na ziemi, byłaś przez czterdzieści siedem lat, sprawdziłem, urodziłaś się 12 sierpnia 1974 roku. Chyba w ubiegłym roku zamieszkałaś razem ze swoim ukochanym, Edkiem, w jednym z naszych Domów Zwykłych, gdzie był prąd, woda w kranie, prysznic i biały papier toaletowy. Bodaj po trzech miesiącach podziękowaliście i wróciliście do Swojego Domu, brawo! Rozumiałem Was, choć nie zgadzałem się.
I teraz finał, Ty umierasz w nocy, od rana policja i prokuratura badają okoliczności Twojej śmierci, może coś ustalą. Mogłaś – i Ty i Edek – dostać zasiłek dla niepełnosprawnych, olaliście to, jasne, ludzie wolni mają swoje ścieżki, dalekie od dróg Pomocy Społecznej. Zaraz po Policji przyjeżdża Jacek, Twój najmłodszy syn, lat dziewiętnaście. To dzielny chłopak. Miałaś kilkoro dzieci, większość jest zagranicą i pewnie nie przyjadą na Twój pogrzeb. Jacek kilka razy uciekał, najpierw z Domu Dziecka, potem z Młodzieżowych Ośrodków Socjoterapeutycznych, za każdym razem chciał odnaleźć Mamę, udało mu się w tym roku, kilka miesięcy temu. Bardzo się z tego cieszyłaś , a On jeszcze bardziej.
I wiesz co, Iza? Jacek wczoraj wziął Twojego ukochanego, Edka, do swojego pokoju, który ma jako absolwent Domu Dziecka. Ja podrzuciłem Mu żywność, same dobre rzeczy.
I wiesz co, Iza, piszę to także nie bezinteresownie, może czyta to wspomnienie o Tobie, ktoś majętny. W Naszych Zwykłych Domach, trzech jak dotychczas, mieszka teraz szesnaście osób, szukamy jeszcze trzech, czterech, Domów Zwykłych, z prądem i wodą. Może ktoś wpłaci trzydzieści sześć tysięcy złotych, 10 X 3 600, wtedy zamieszkają w nich Ci, co jednak wybiorą prysznic i biały papier toaletowy. Nigdy nie kradłaś, wyzbierałaś kilka ton złomu z ulic i podwórek Lublina, dziękuję, Iza. Inni mówią o Tobie Kaśka, o Edku, Krzysiek. Taka prawda, taka klepsydra. Na zdjęciu – od prawej – Edek, Ty, Iza, Michał i ja.
Boże Narodzenie to święta rodzinne, ten mit wymyślił komunistyczny diabeł i skutecznie wcielił w świadomość Polaków, wypierając podstawowy sens tych Świąt. Przypomnę, że określenia „święta rodzinne” komuniści używali zamiast Bożego Narodzenia, chodziło o to, żeby wyrugować z języka treści religijne, prawie się to udało.
W istocie Boże Narodzenie jest świętem Boga, jest początkiem naszego zbawienia i zapowiedzią Życia Wiecznego, świetnie ujmują to polskie kolędy na czele z genialną kompozycją Franciszka Karpińskiego, czyli „Bóg się rodzi!” (zaraz wybije 230 lat, jak po raz pierwszy wybrzmiała).
A święta rodzinne? Cóż, jeśli nie świętujemy codziennie błogosławionego daru Rodziny, to 24 grudnia gwarantowana jest kłótnia i podła atmosfera.
Poświętujemy w Polsce bardziej ubogo niż wcześniej, rachunki za zakupy sami widzicie, benzynę radzę kupić zawczasu bo cena spogląda już w kierunku siedmiu złotych za litr.
Teraz o uchodźcach, ich rodzinach. Przypomnę, jestem od ponad 40 lat zdecydowanym pro państwowcem, czyli popieram silne, prężne, skuteczne i dobrze zorganizowane struktury państwowe. Nawet doradzam jak to zrobić, będąc członkiem niektórych gremiów ministerialnych. Zawsze postulowałem, że powinniśmy umieć strzec granic Polski i nie wpuszczać niepożądanych intruzów.
Jestem jednak także człowiekiem i chrześcijaninem, wierzącym w Ewangelię i dlatego całym sercem, duszą i energią popieram przyjmowanie uchodźców. W tym przypadku moje państwo poniosło klęskę, wykorzystując sytuację na granicy z Białorusią do celów politycznych. Skutecznie nastraszyło połowę narodu, że na granicy stoją terroryści i źli ludzie. Nieprawda i kłamliwa propaganda. Wiem to, bo bywam na granicy z Białorusią, wcześniej bywałem od strony Białorusi bardzo często. Tam są przeważnie zdesperowani ludzie, rodziny z dziećmi także. Są tam też nabrani przez przemytników naiwniacy, szukający krótkiej drogi do kolorowej i rzekomo szczęśliwej Europy, może i potencjalni terroryści albo szpiedzy różnej maści (Łukaszenki, Putina, może i chińscy). Dobre, skuteczne państwo, potrafi sobie szybko z takimi typami poradzić. Słabe państwo buduje mur i zaraz ten mur trzeba pierdyknąć (jak mawia młodzież) do Ustrzyk Górnych. Na przejściach z Ukrainą wzrasta liczba naszych wschodnich sióstr i braci prących do Polski, bo na granicy z Rosją już jest bardzo gorąco (załączam zdjęcia sprzed tygodnia, z Jaworowa, ukraińskiego miasta leżącego na wprost Lubaczowa, czołgi, armaty i moździerze jadące na wschód). Rzecznik Kremla oświadczył wczoraj, że „prawdopodobieństwo konfliktu na Ukrainie jest wysokie”, co oznacza iż Rosja szuka pretekstu, aby odebrać Donbas a może i wszystko na wschód od Dniepru. I wtedy nawet milion Ukraińców stanie przy polskiej granicy, żadne firmy nie zdążą wybudować tam murów czy zasieków.
I o rodzinie na koniec, o tej kurdyjskiej co chce się dostać do Warszawy a potem pewnie do Niemiec, teraz koczującej na bagnach czy w lasach, może polskich, może białoruskich. I o tych z Ukrainy, które zechcą uciec do bezpiecznej Polski.
Nie wejdziecie, nie będzie dla Was miejsca w Polsce, tak jak nie było miejsca dla Jezusa w niejednej gospodzie.
Opłatek, łamiemy się nim przy Wigilii. I znów, piszę to w pełni świadomie, może to być przepiękny gest lub koszmarna maskarada.
Od wielu lat próbuję przed Wigilią przeprosić tych, których tak czy inaczej mogłem urazić, a potrafię, niestety. Jak nie uda mi się porozmawiać, piszę maila albo smsa. Jedni przyjmują moje przeprosiny, niektórzy odprawiają krótko, żebym się odp….. Ale próbowałem, nie mam wpływu na reakcje adresatów. Mogę jednak z czystym sumieniem łamać się opłatkiem, starałem się o pojednanie.
Jeśli jednak ktoś trwa w nienawiści do kogokolwiek, jeśli jest silnie i długoletnio skłócony z rodziną, jeśli nie przebaczył i nie przeprosił, jeśli gniewa się na kogokolwiek (nawet na wroga), niech nie dotyka opłatka. Bo jeśli się nim połamie, daje narzędzie szatanowi, który tym sposobem podwoi i potroi nienawiść i gniew. I zamiast Bożego Narodzenia będzie triumf Diabła.
Nie wiem czy wszyscy odpowiedzialni za sytuację na granicy z Białorusią zdolni są przeprosić rodziny chyba 10 osób, które zmarły w lasach i bagnach. Myślę tu o odpowiedzialnych po stronie białoruskiej i polskiej, zapewne Białorusini nie będą czytać tego wpisu, ale niektórzy Polacy przeczytają. Nie wiem czy autorzy stanu wyjątkowego postępują zgodnie z prawem, tym, co wprowadzali 40 lat temu stan wojenny w Polsce wydawało się, że robili to zgodnie z prawem, dziś prawie wszyscy zostali osądzeni i ukaranie za bezprawie, brawo!
Przeprosić powinni też ci strażnicy graniczni, żołnierze, policjanci i terytorialsi, którzy złamali prawo. Nie musieli łamać prawa – a sobie sumienia – mogli odmówić wykonania poleceń przełożonych. Znam i pomagam trochę jednemu chłopakowi ze Straży Granicznej, który rozwiązał umowę o pracę, brawo! Nie chciał wysyłać na niepewne bagna rodzin z małymi dziećmi, nową pracę już ma. Rozumiem go, miałem propozycję – chyba trzykrotnie – współpracy m.in. z dawną Służbą Bezpieczeństwa – odmówiłem. Gdybym się zgodził miałbym teraz niezłą emeryturę, żyję z tego co Wy dajecie, a ja kwituję, z wdzięcznością, „Bóg zapłać!”.
Rodzinom zmarłych na bagnach i w polskich lasach, nasz rząd – który ja też wybrałem – powinien zapłacić hojne odszkodowanie, jesteśmy bogatym krajem, nadto honorowym i szlacheckim, pieniądze rządowi daję ja i wy wszyscy, którzy płacicie podatki. Drogi Rządzie, zmaż hańbę narodową i wtedy łam się opłatkiem, w zgodzie z sumieniem i wiarą katolicką.
Jeżeli Boże Narodzenie sprowadza się jedynie do kupowania prezentów, to jest to po prostu gówno, święto pogańskie. To Guy Gilbert, francuski ksiądz od ponad 50 lat pracujący z tzw. trudną młodzieżą. Fragment wypowiedzi ks. Gilberta oraz jego sylwetkę załączam na końcu wpisu, kiedyś już do tego nawiązywałem.
Pisałem też kiedyś, że Mały Książę narzekał, iż ludzie nie mają przyjaciół, bo nie ma sklepów z przyjaciółmi. Pomylił się, nawet jakby były sklepy z przyjaciółmi, to i tak nie poszlibyśmy ich kupić. Nie mamy nawet i na to czasu.
Boże Narodzenie, bardzo je kocham, to cudowny akt przyjaźni Pana Boga z nami, ludźmi. Bóg znalazł dla nas czas, nawet całą wieczność. A oto my, zdeklarowani chrześcijanie, coraz bardziej samotniejemy, zamiast miłości, kupujemy.
Rodzice zabijają własne dzieci – nieświadomie i nie fizycznie – kupując im smartfony, komputery, nie mają czasu na przytulenia, zabawy. Dziś w Polsce samobójstwa popełnia dwa razy więcej osób, niźli tych, co giną w wypadkach komunikacyjnych. Dzieci zabijają swoich rodziców – nieświadomie i nie fizycznie – kupując im lecytyny, bo nie mają czasu na wizyty, przytulenia, przyjaźń.
Kupowanie, kupowanie, galerie, sklepy, markety, to są nasze Boże Narodzenia, dużo prezentów, deficyt miłości, miał rację mój brat Guy Gilbert.
Telefon pierwszy dzisiaj, ośmioro ludzi przeszło granicę, Syryjczycy, jedna kobieta w ciąży. Drugi telefon, też Syryjka, uciekła z czwórką dzieci, piąte ma pod sercem, jest w szpitalu w Hajnówce, brak tam lekarzy, może umrzeć, bo ma kwasicę. Tych ośmioro jakoś zabezpieczam, ale Hajnówka jest poza moim zasięgiem.
Od kilku miesięcy kupujemy lekarstwa dla uchodźców, tych w lasach i ośrodkach, też Boże Narodzenie, ale prawdziwe, właśnie w lasach i ośrodkach. Wiem, mamy władze, rządy, te i następne, pewnie zanucą „Nie było miejsca dla Ciebie …”, dla Pana Jezusa w lasach na Podlasiu i w szpitalach w Hajnówce i Białymstoku. Granica winna być szczelna, ale ludzie, te Syryjki, jakoś przenikają, pod sercem noszą żywe dzieci, dziewczynki albo chłopców, Pan Jezus też był pod sercem Matki, jako uchodźczyni uratowała małego Jezusa przenikając przez zasieki do Egiptu! Hurra, Mario i Józefie, dobrze, że nie szłaś przez granicę mojego katolickiego państwa z Białorusią.
Tak, dalej jest numer konta, bo kończą się nam pieniądze na lekarstwa, koce i ciepłe kurtki. I nie mamy na prezenty dla wszystkich małych Panów Jezusów, dzieci w ośrodkach, na Mikołaja cieszyłyby się lalkami i czekoladami. Te wszystkie podobne Panu Jezusowi małe Syryjki i mali chłopcy z Kurdystanu, tam pod Hajnówką i Krynkami.
Stowarzyszenie Solidarności Globalnej
nr konta
17 1240 1503 1111 0010 7256 9064
tytuł przelewu – darowizna na cele statutowe
GUY GILBERT
„Pewnego dnia młody człowiek stwierdził coś potwornego. Powiedział tak: Ukradliście nam Boże Narodzenie! Zrozumiał, że Boże Narodzenie – święto ubogich, zostało im zagrabione przez bogatych. To jedyne przesłanie jakie chciałbym przekazać: Oddajcie Boże Narodzenie tym, którym je odebraliście! Idźcie i dzielcie się z najuboższymi! W ten sposób stajemy, się chrześcijanami współpracującymi. Inaczej święto Bożego Narodzenia to marnowanie czasu. Jeżeli sprowadza się jedyne do kupowania prezentów itd. To jest to po prostu gówno, święto pogańskie.”
GUY GILBERT
I OWCZARNIA MŁODYCH Z MARGINESU
W 2004 roku gościł w Polsce ks.. Guy Gilbert, francuski duszpasterz pracujący na ulicach Paryża wśród młodocianych przestępców. W parafii Matki Bożej Królowej Aniołów w Warszawie spotkał się z młodzieżą, wolontariuszami, zakonnicami oraz księżmi pracującymi z trudną młodzieżą. „Nie jestem gwiazdą, przyszedłem taki jaki jestem” – tymi słowami ks. Gilbert rozpoczął spotkanie. „Ważne jest, aby przekazać orędzie najuboższym. Ja jestem tylko przekaźnikiem. Przekazuję to co chcieliby powiedzieć najubożsi.” – dodał.
Francuski kapłan opowiadał o swojej pracy z młodymi. Słynie z niekonwencjonalnych metod pracy i ewangelizacji. „Najpierw walę, a potem błogosławię. Wtedy, kiedy uderzam to uderzam z miłości.” Zaznaczył jednak, że nie jest to najlepsza metoda wychowawcza, ale „czasami może to być doskonała metoda wychowawcza.”
W przeciwieństwie do innych księży nie chodzi ani w sutannie, ani w koloratce. Komentuje to krótko: „Zawsze boję się religii, która afiszuje się ubraniem.” Jego ubiór to skórzana kurtka, dżinsy, kowbojki i długie włosy. Od trzydziestu lat mieszka w swojej „Owczarni” w Prowansji razem z młodymi, którym pomaga wrócić do normalnego życia. ”Ja bezpośrednio nie ewangelizuję nigdy, ponieważ nie zapominam, że Chrystus przez 30 lat milczał”- powiedział ks. Gilbert.
Zwracając się do zebranych powiedział, że tylko „gesty miłości, gesty dzielenia, tylko nasze ubóstwo będzie świadectwem o żyjącym Chrystusie. My chrześcijanie często dużo mówimy, ale nie robimy zbyt wiele” powiedział. Zaapelował do zebranych, aby Kościół przestał mówić i zaczął działać.
W przededniu wejścia Polski do Unii Europejskiej powiedział: „Pierwszego maja staniecie się częścią zjednoczonej Europy. Uważajcie, żeby ta Europa nie była dla was niebezpieczna. Uważajcie, żeby materializm wszystkiego nie pożarł.”
Ks. Gilbert zaznaczył, że praca z trudną młodzieżą nie jest łatwą rzeczą i potrzebny jest pewien dystans. „Aby żyć z ludźmi marginesu trzeba mieć doskonałe zdrowie, być w doskonałej równowadze fizycznej, psychicznej i w doskonałej równowadze emocjonalnej. Gdybym co dziesięć dni nie miał dwóch dni wolnego, które spędzam w zakonie nie byłbym już księdzem, ponieważ nie dałoby się tego przeżyć. Ten, kto chce zajmować się biednymi musi też żyć w jakiś sposób ubogo. Trzeba do nich iść z gołymi rękami. Nie idźcie w stronę marginesu sami. Idźcie wtedy, kiedy wysyła was Kościół.”
W 1974 roku kupił on ruinę, którą wraz z ponad dwustoma młodymi wyremontował i stworzył tam farmę. Przebywa tam młodzież w wieku 13 – 16 lat. Opiekuje się ona ponad 120 zwierzętami. Zauważył, że młodzi bardzo lubią zwierzęta. Dom w którym mieszkają jest nietypowy – w żadnych drzwiach nie ma bowiem zamków. „Trzeba starać się wychować zostawiając otwarte drzwi.” Młodzi często godzą się ze swoimi rodzicami, mają opłacane prawo jazdy.
Guy Gilbert obecnie ma ponad 80 lat. Podobne do prowansalskiej Owczarnie działają w 18 krajach.
(korzystałem tutaj z własnych materiałów archiwalnych)