TAK W ŻYCIE WIECZNE WIERZĘ

Kazanie na 6 Niedzielę Zwykłą 13 lutego 202 2

Nie wiem ilu chrześcijan wierzy w życie wieczne, w jakiś dalszy ciąg swojego życiorysu rozgrywającego się już poza grobem. Ja staram się wierzyć i kiedy dochodzę w Wyznaniu Wiary, w niedzielę, do słów – „Oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie”, czuję się jak ktoś kto za chwilę ma wykonać tenorową rolę Otella w słynnej operze Rossiniego albo skoczyć dwa metry dalej od Kamila Stocha (najlepiej na jakiejś najmniejszej skoczni, proszę).

Bez wiary w życie wieczne, w nieskończoność mojej biografii, choć już w zmienionych okolicznościach, dzisiejszą Ewangelię odłożyłbym na półkę z poezją, piękne ale nie do osiągnięcia.

Tak się złożyło, że jadałem już przeróżne rzeczy w bardzo różnych miejscach z wieloma bardzo różnymi osobami, zatem zdarzyło mi się coś tam przekąsić w Wersalu, na spotkaniach z polskimi prezydentami (nie powiem, z którymi, bo wiadomo, że hejt), siadałem przy stołach z dwoma premierami Polski, o obiadach z kardynałami i innymi hierarchami KK też wspomnę.

Pijam także, od czasu do czasu, bardzo poranną kawę z osobami bardzo ubogimi, herbatę z tymi, co uciekli spod bomb w Iraku czy Afganistanie i soki z tymi, którzy niedawno wyszli z więzienia.

Ponieważ staram się wierzyć w dalszy ciąg mojego życiorysu poza grobem, te wspomniane wyżej kawy, herbaty i soki wydają mi się piękniejsze niźli Wersal i karpie w Belwederze, wspomniane jeszcze wyżej. Mam nadzieję, że macie podobne doświadczenia.

Dobrej niedzieli dla Was wszystkich, a kiedyś życia wiecznego z wieloma niesamowitymi niespodziankami.

A na zdjęciu akurat z Galiną, z Shavshvebi, niedaleko Gori, już kiedyś opowiadałem., powtarzam tylko:

W życiu trzeba sobie zawsze jakoś radzić. I nie poddawać się. Galina jest Osetynką, Osetyni to mały, niespełna milionowy, kaukaski naród. Mieszkają po obydwu stronach Kaukazu, jedni w administracyjnej Rosji (Osetia Północna), inni w rzekomo niepodległym państwie (Osetia Południowa). To państwo powstało w 2008 roku, po wojnie rosyjsko – gruzińskiej. Wojska rosyjskie zajęły Osetię Południową, która do tej pory była autonomicznym regionem w Gruzji. Rosjanie zdecydowali o wysiedleniu niemal wszystkich Gruzinów z Osetii Południowej (choć mieszkali tam od wieków), aby w ten sposób nie dać żadnego powodu do łączności z Gruzją. Wysiedlony wówczas został także mąż Galiny, Gruzin, oczywiście z całą rodziną. Rosyjscy żołnierze wypędzali szybko i skutecznie, nie można było zabrać ze sobą dobytku, trzeba było uciekać w tym, co się miało na sobie. Bogu dzięki, że udało się zabrać życie.
Rodzina Galiny zamieszkała w naprędce wybudowanym ośrodku dla uchodźców, w małej wsi Shavshvebi, kilkanaście kilometrów od stron ojczystych. W sumie w ośrodku mieszka 178 rodzin i ponad 600 osób. Każda rodzina otrzymała mały domek, z elektrycznością, ale bez wody. Z ośrodka jest daleko do wszelkiego świata, tzn. do szkoły, lekarza czy urzędu, nie wspominając o kolei. W absolutnie szczerym polu stoi 178 takich samych, małych domków bez łazienek.
Ale wiadomo, że w życiu trzeba sobie jakoś radzić i nie poddawać się. Pierwsza inicjatywa Galiny to sklep, który zorganizowała w ośrodku. Sklep to mały barakowóz, znaleziony gdzieś w pobliżu. Ma dach, drzwi i okienko, z którego sprzedawany jest chleb, herbata i cukier. Sklep, a raczej powiedziałbym coś z niczego. Bo żeby sobie w życiu radzić, trzeba robić coś z niczego. W Shavshvebi znaleźli się obok siebie ludzie z różnych miejsc, z traumą właściwą wypędzonym, nie znali się, nie ufali sobie. Galina wpadła na pomysł, przeszła od domu do domu, spisała jak kto się nazywa, ile osób jest w rodzinie, ile dzieci; każdemu domowi nadała numer. I od tej pory wiadomo było, że państwo Berdzishvili (na przykład) mają pięcioro dzieci i mieszkają pod numerem 75.
Wkrótce Galina otrzyma – z Polski – dwie maszyny do szycia. Zebrała 10 kobiet z ośrodka i nauczy je szyć pościel i obrusy, ruszy pożyteczna manufaktura. Będzie zarobek dla kilku rodzin. W życiu trzeba także pamiętać o innych.
Brzmi to może wszystko egzotycznie i naiwnie. Ale jest taka kobieta, w dalekim Shavshvebi, która tchnęła życie w całą wieś, otworzyła sklep i dba o ponad 600 ludzi. Galina.

Ewangelia na dzisiaj:

Jezus zszedł z Dwunastoma na dół i zatrzymał się na równinie; był tam liczny tłum Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jeruzalem oraz z nadmorskich okolic Tyru i Sydonu.

On podniósł oczy na swoich uczniów i mówił:

«Błogosławieni jesteście, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże.

Błogosławieni, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni.

Błogosławieni, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.

Błogosławieni jesteście, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego odrzucą z pogardą wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom.

Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą.

Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie.

Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie.

Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom».

Itinerarium

BÓG W NASZEJ ZAGRODZIE

Sobota 12 lutego 2022

Załączam dziś reprodukcję „Bożego Narodzenia”, obrazu, który jest dziełem Jana Wydry, zapomnianego przedwojennego malarza. Pochodził z Ciecierzyna pod Lublinem i należał do Bractwa św. Łukasza, powołanego w Kazimierzu nad Wisłą przez znanego pedagoga i mistrza pędzla, Tadeusza Pruszkowskiego, bodaj najwybitniejszym twórcą w tym gronie była Antoni Michalak.

Obraz prezentuje scenę narodzin Chrystusa, w tle widzimy kazimierską Górę Trzech Krzyży, Zamkową i wieże fary. Krowa i kilka kur, to Lubelszczyzna, przedwojenna i biedna, wiejska i prosta. I tu właśnie jest coś fascynującego, Wydra posługuje się bowiem ideą „uniwersalności Wcielenia” (fachowy termin teologiczny), czyli przekonaniem, że Bóg zjednoczył się z każdym człowiekiem, w każdym miejscu i czasie, stał się bliski nie tylko palestyńskim ziomkom ale i lubelskim wieśniakom. To nie gdzieś tam daleko narodził się Bóg, ale u nas także, w naszej zagrodzie. Każdy człowiek i cała ziemia są przestrzeniami Jego obecności i działania. Mamy do Niego bardzo blisko, to ja i Ty jesteśmy Bożym Terenem, także i nasze zagrody, biura, domy i kawalerki.

Na innym obrazie Wydry – „Macierzyństwo” – przedstawiona jest Maria jako młoda dziewczyna, która odkrytą piersią karmi Jezusa, śmiały koncept jak na dzieło z lat trzydziestych ub. wieku. To płótno znajduje się (chyba) w Muzeum Narodowym w Warszawie, poszukajcie jego reprodukcji w Internetach.

Obraz „Boże Narodzenie” można podziwiać w Muzeum Narodowym w Lublinie (na Zamku). W tym roku przypada 120 rocznica urodzin Jana Wydry, trwają poszukiwania innych dzieł malarza, prawdopodobnie znajdujących się w rękach prywatnych, celem jest wystawa prac mistrza z Ciecierzyna. Muzeum prosi posiadaczy obrazów Wydry o kontakt – kurator Klara Sadkowska, k.sadkowska@mnwl.pl lub 81 537 96 30.

Bardzo dziękuję Muzeum za udostępnienie pliku z obrazem Jana Wydry.

Itinerarium

YASAMIN I RADOŚĆ Z PRZYBYSZÓW ZE WSCHODU

Piątek 11 lutego 2022

Na pierwszym zdjęciu Yasamin pisze imiona i nazwiska swojej rodziny, będę się jeszcze trochę ich uczył, jak i imienia jej narzeczonego. Wszyscy pochodzą  z prowincji Parwan, to na północ od Kabulu, w Afganistanie.

Na drugim zdjęciu wręczam klucze od lubelskiego mieszkania, cała rodzina państwa Shah przespała w nim spokojną noc, wcześniej wzięła prysznic i zjadła dobą kolację. To od lipca ub. roku pierwsza ich taka noc, wcześniej zdążyli uciec przed talibami ze swojego kraju, potem jeszcze gnieździli się w ośrodkach dla uchodźców, bodaj w najwyżej dwóch pokoikach, to już w Polsce.

Teraz, w Lublinie, mają do dyspozycji trzy pokoje, kuchnię, łazienkę i nawet piękny balkon, z którego mogą spokojnie patrzeć na Wschód, Wschód, z którego, Bogu dzięki, udało im się zbiec. Dziękuję Panu Bogu, że właśnie do Lublina przysłał ich. A narzeczony? Ho, ho, ho! Spał spokojnie w klasztorze Ojców Białych (z których dwóch, z Togo i Burkina Faso, mają skóry czarne, piękne), w ciepłym pokoju, z łazienką i czajnikiem do gotowania wody na herbatę.

No i zdjęcie trzecie, razem z całą rodziną Shah, takie pamiątkowe. Na którym powinniście być Wy wszyscy, którzy dobrą myślą, modlitwą, pieniędzmi, życzliwością, wspieracie dobre Boże dzieło. Przecież pamiętamy, że „Byłem przybyszem”, z Parwan w Afganistanie na przykład, a „Przyjęliście Mnie”, na przykład w Lublinie. Bardzo Wam dziękuję, numer konta – musimy płacić za gaz, wodę i prąd – przypominam na wszelki wypadek.

Stowarzyszenie Solidarności Globalnej

nr konta 17 1240 1503 1111 0010 7256 9064

tytuł przelewu – darowizna na cele statutowe

Adres: Stowarzyszenie Solidarności Globalnej

ul. Gospodarcza 2

20 – 217 Lublin

Itinerarium

PRZYJACIEL PRAWDY

Czwartek 10 lutego 2022

Jedenaście lat temu to też był czwartek, zaraz po osiemnastej telefon chyba z Warszawy, w Rzymie zmarł Arcybiskup Józef Życiński. W drodze do siedziby metropolitów lubelskich komentuję ma gorąco, o ile pamiętam Monice Olejnik, ale co można mądrego powiedzieć w kilka chwil po informacji o śmierci kogoś ważnego i bliskiego. Niewiele, same banały, może tylko, że żal, smutek, że szkoda.

Po latach próbuję jakoś nazwać doświadczenie służby Arcybiskupowi. I tak, jak w tytule, myślę, że był Przyjacielem Prawdy, a Prawdą ogłosił siebie przecież Chrystus. Z tego powodu Arcybiskup nie jest ulubieńcem współczesnej kultury, ta woli sensację, szok, wzmożenie emocjonalne i prymat pieniądza. Skromny zasób konta Arcybiskupa, który odziedziczyła archidiecezja lubelska dowodzi, że przyjaźń z prawdą w Jego wydaniu, opróżniała Mu skutecznie kieszenie. Czasami przy moim pośrednictwie. Wtedy wspomagały jakąś czeczeńską rodzinę, ubogą studentkę z Azerbejdżanu, samotną matkę z dziećmi zwolnioną z upadającego FSO albo panią Krysię z ulicy Zamojskiej w pobliżu kurii, która z jakichś powodów nie dostała emerytury.

Oczywiście, Arcybiskup był kontrowersyjny w swoich wypowiedziach, ale nie aż tak jak Pan Jezus, którego wiadomo jak odprawiono z tego świata. Ewangelia mówi jednak, że „po owocach” mamy poznawać przyjaciół Pana Jezusa. Arcybiskup Józef był Przyjacielem Prawdy, Pana Jezusa. Tak twierdzę, jako skromny świadek Jego czynów.

Itinerarium

RAZEM Z TYMI CO NAS ŻYWIĄ

Środa 9 lutego 2022

Nie wypada księdzu w moim wieku wsiadać na traktor, zwłaszcza w sutannie, zatem na załączonym zdjęciu jestem w koszuli w kratkę. Traktor zaś, Ursus C-330, za kilka miesięcy skończy 50 lat służby w mojej rodzinie, to polska, znakomita produkcja z roku 1972. Sprawny, żwawy, radzi sobie nadal przy mniej forsownych pracach, czyli lekka orka, bronka, nawożenie i chociażby grabienie siana. Oczywiście mam kategorię „T” w prawach jazdy, jak i inne uprawnienia do prowadzenia rzadko dziś używanych pojazdów (np. typu DT, po terenach bagnistych). Nie robię tu jednak autopromocji, cel tego wpisu jest całkiem inny.

Gdyby mój Ursus, którego w rodzinie zwiemy „Ciapkiem”, był nieco bliżej dzisiaj, wyjechałbym chyba nim na protest rolniczy w Lublinie. O ile do niego dojdzie, bo słyszałem, iż robi się wiele, aby traktory nie zablokowały Lublina (i innych miast w Polsce). A wyjechałbym nie z powodu sympatii do jakiejkolwiek opcji politycznej, bo takowej sympatii nie mam. Pojechałbym w proteście przeciwko złej i stale gorszej sytuacji polskiego rolnika, chłopa, wieśniaka, jak się w niektórych kręgach mawia, niestety. Bodajże Piłsudskiemu przypisuje się frazę, że naród przetrwa, jeśli będzie miał dobrych żołnierzy i pracowitych chłopów. Ci pierwsi mają obronić, drudzy wyżywić, z resztą poradzimy sobie jakoś. Co do żołnierzy zdania pewnego nie mam, chociaż wiele zrobiono, aby ich ośmieszyć w trakcie koncertu w Białymstoku i w słynnym już gromieniu uchodźców nad Bugiem, brak braw, niestety.

Co do chłopów, mam opinię pewną, bo znam ich wielu, tych, co hoduję świetne ziemniaki, buraki i czosnek Harnaś, bijący smakiem wszystkie chińskie badziewia dominujące w biedronkach i stokrotkach, szukajcie Harnasia na bazarach.

Chłopów, czyli tych wszystkich, którzy hodują nie tylko Harnasie ale i dokładają się do przepysznych serków z Krasnegostawu, sadowników i zielarzy, pozostawiono po r. 1989 samych sobie. Według zasady – „Macie dopłaty z Unii i radźcie sobie!” W podobnej do chłopów sytuacji są polscy nauczyciele, lekarze ale także bezdomni i ci, co wychodzą z więzień. Należą do kategorii urządzanych według widzimisię kolejnych mądrych zarządców Wielkiego Folwarku o mianie Polska. Jasne, że bez ich głosu i udziału, przecież Fornale (Sejm, Senat, Rząd) wiedzą lepiej.

No dobrze, co to ma wspólnego z księdzem, Kościołem i Ewangelią? Oprócz tego, że wolę zdrowy polski Harnaś w czosnku, także i to, że ujmować się przystoi – wzorem Pana Jezusa – za Wszystkimi Nieważnymi. Jak nie macie swoich traktorów, to przynajmniej sercem i zdrowaśkami bądźmy z tymi, którzy nas żywią.

Itinerarium

EWANGELIA TO ŻYCIORYS JURKA MOŻE I NASZ

Wtorek 8 lutego 2022

Bardzo lokalnie i bardzo osobiście dzisiaj napiszę. O Profesorze Jerzym Bartmińskim, który wczoraj, 7 lutego przeszedł z Ziemi do Nieba, i to pewnie do jednego z pierwszych rzędów w pobliżu Pana Boga.

Znakomity niemiecki historyk, Gotz Aly, napisał w wydanej niedawno w  Polsce książce, godnej uważnej lektury („Europa przeciw Żydom. 1880 – 1945.”) – „W wielu miastach zasadą jest niepamiętanie o przeszłości”. Niestety i Lublin, moje miasto z wyboru, dopadła ta skleroza. Czy tak będzie z pamięcią o Jurku, bo tak wielu lublinian o nim mówiło – czy wprost zwracało się – do prof. Bartmińskiego? Szczęście miał Lesław Paga, wybitny lublinianin, jedna z ulic w okolicach Miasteczka Akademickiego, nosi Jego imię, brawo!

Profesor to ostatnie pół wieku bardziej chwalebnej historii Lublina, to oazy tworzone razem z ks. Franciszkiem Blachnickim, to Wakacje z Bogiem w czasie stanu wojennego, to Solidarność z r. 1980 i w następnych latach. To setki publikacji i książek, najbardziej cenię te dotyczące ludowej historii Lubelszczyzny, wielkie brawa!

Pod koniec życia Jurek wspierał, radą, myślą, energią i pieniędzmi sprawę uchodźców w Polsce, szczególnie na Lubelszczyźnie, na końcu załączam Komunikat, który Jurek 6 lat temu napisał w obliczu pierwszego kryzysu na granicy z Białorusią.

Jurek to był Polak, Polak Katolik, ale w sensie realnym, prawdziwym. Chciałbym kiedyś stanąć i wspomnieć Go przy ulicy nazwanej Jego imieniem, o pomniku nie marzę nawet. Jurek jest dowodem, że Ewangelia to życiorys, Jego życiorys. Może i nasz.

Komunikat 2016

Obywatele Europy są świadkami katastrofy humanitarnej – zarówno w wielu krajach Bliskiego Wschodu, jak na kontynencie europejskim – na dawno niespotykaną skalę. Poszukiwanie sposobów rozwiązania konfliktów i pomoc milionom ofiar przemocy jest wielkim wyzwaniem nie tylko dla europejskich polityków, ale także dla społeczeństw krajów Unii Europejskiej.

Uznajemy, że także naszym obowiązkiem jest udzielanie pomocy ludziom dotkniętym przemocą wojenną, zmuszonym do ucieczki  i porzucenia swoich domów. Wynika to z elementarnego poczucia solidarności z dotkniętymi tragedią, a także jest naszą odpowiedzią na chrześcijański nakaz pomocy ludziom w potrzebie, wyrażony przez Papieża Franciszka: „Nie możemy pozostawać obojętnymi na los milionów imigrantów i uchodźców, pukających do drzwi krajów bogatych”.

Napływ uchodźców do krajów europejskich budzi rozmaite obawy, związane z pojawieniem się w naszym sąsiedztwie osób o zupełnie innej kulturze i religii. Przerażenie wywołują akty terroru radykalnych ugrupowań wymierzone w zwykłych obywateli.  Rozumiemy te obawy, ale nie mogą one usprawiedliwiać odmowy udzielenia pomocy ludziom, którzy znaleźli się w dramatycznym położeniu.

Mamy świadomość, że organizowana społecznie pomoc nie zastąpi struktur państwowych i samorządowych w tworzeniu ram organizacyjnych i prawnych w procesie przyjmowania uchodźców.  Wiemy jednak także, że uchodźcom będzie potrzebna pomoc życzliwych sąsiadów, lekarzy, nauczycieli, prawników itp. Nawet najlepiej działające służby publiczne nie zastąpią wsparcia opartego na dobrze przemyślanej, dostosowanej do sytuacji rodzinnej uchodźców obywatelskiej aktywności. Potwierdzają to liczne doświadczenia organizacji społecznych – przede wszystkim wolontariuszy – które w Lublinie z sukcesem prowadziły i nadal prowadzą akcje pomocy.

W przekonaniu, że jest potrzebą chwili – w obliczu ogromnego napływu uchodźców z Bliskiego Wschodu –  rozpoczęcie przygotowań do przyjęcia tych ludzi, zamierzamy powołać społeczny, obywatelski zespół ds. pomocy uchodźcom. Chcemy działać społecznie w duchu solidarności międzyludzkiej i rodzinnej na miarę naszych indywidualnych i zespołowych możliwości, przyłączając się do pracy tych, którzy od lat wspierają potrzebujących pomocy przybyszów.

W projektowanej akcji pomocy uchodźcom chcemy widzieć kontynuację powstałej 35 lat temu w Lublinie idei „solidarności rodzin”. Wtedy,  w roku 1981, uczyliśmy się sobie pomagać jako rodziny, wspierając się nawzajem w rozwiązywaniu bardzo konkretnych problemów. Wierzymy, że w zamienionych okolicznościach tą ideę można realizować jako pomoc rodzinom uchodźców, z nadzieję, że w przyszłości powstaną relacje dobrosąsiedzkie oparte na zasadzie partnerstwa.

Zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli z propozycją udziału w przygotowaniu do podjęcia akcji pomocy uchodźcom. Chcemy spróbować zebrać doświadczenia innych – organizacji wolontariuszy,  Kościołów – którzy mają doświadczenie we wspieraniu przybyszów. Wiemy, że będą potrzebne bardzo różne działania: pomoc w znalezieniu lokalu mieszkalnego, pracy,  w organizacji opieki medycznej, pomoc psychologiczna, poradnictwo prawne, pomoc w nauczaniu języka polskiego, nie wykluczamy też możliwości udzielania pomocy w najdalej posuniętej formie homingu (przyjęcia „pod swój dach”). Zamierzamy także zorganizować zbiórkę pieniędzy z przeznaczeniem na pomoc uchodźcom.  Lista konkretnych potrzeb jest w dziś daleka od zamknięcia i dlatego każda deklaracja wsparcia będzie cenna.

W przeszłości miliony naszych prześladowanych rodaków opuściło Ojczyznę w poszukiwaniu ludzkich warunków życia. Przyjmowano ich  w wielu krajach na całym świecie. Wiemy, że było im trudno, ale wiemy też, że często spotykali się z życzliwością i pomocą. Wierzymy, że podobną życzliwość i pomoc potrafimy okazać uchodźcom, którzy dzisiaj wymagają pilnego wsparcia.

Jerzy Bartmiński, Wojciech Samoliński, o. Ludwik Wiśniewski

Lublin, 14 kwietnia 2016

Itinerarium

JAK NAJBLIŻEJ

Poniedziałek 7 lutego 2022

Bardzo siebie nawzajem potrzebujemy, głębokich spojrzeń, słuchania, rozumienia, wsparcia i przede wszystkim bliskości.

Taką bliskość tworzył Pan Jezus, bliskość bezwzględną, z ubogimi, chorymi, więźniami, obcymi (czytaj – uchodźcami), z każdym kogo spotkał.

Z kimkolwiek dziś  się spotkamy, mamy jedną, Bożą misję. Być jak najbliżej, po Bożemu.

Na zdjęciu jestem z Markiem, ostanie 38 lat spędził za kratami, teraz ma szansę na nowe życie.

Ewangelia na dzisiaj :

Gdy Jezus i uczniowie Jego się przeprawili, przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu.

Skoro wysiedli z łodzi, zaraz Go rozpoznano. Ludzie biegali po całej owej okolicy i zaczęli znosić na noszach chorych tam, gdzie jak słyszeli, przebywa. I gdziekolwiek wchodził do wsi, do miast czy osad, kładli chorych na otwartych miejscach i prosili Go, żeby ci choć frędzli u Jego płaszcza mogli dotknąć. A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.

(Mk 6)

Itinerarium

ŻYCIE NA PEŁNYM DYNAMICIE

Kazanie na 5 Niedzielę Niezwykłą

6 lutego 2022

Bardzo serdecznie witam każdą i każdego z Was, siostry i bracia, cieszę się, że widzimy (czytamy) się tutaj. Jest niedziela, jedna z takich pachnących już przedwiośniem – przynajmniej w okolicach Lublina – w sobotni wieczór raźniej już świergoliły kowaliki i kosy.

W Kościele Katolickim, w którym jesteście albo myślicie o wypisaniu się z niego, czytany dziś jest fragment z Ewangelii wg św. Łukasza, do czego nawiązuję w tymże kazaniu. Oto i kilka myśli, jakimi chcę się z Wami podzielić.

Najpierw fachowa analiza przygód Piotra i kilku jego kolegów (chodzi o brata Andrzeja i dwóch innych braci – Jakuba i Jana) z małej spółdzielni rybackiej działającej w okolicach Kafarnaum nad jeziorem Genezaret, Izrael. Analiza jest fachowa, ponieważ mam za sobą wiele rejsów (morskich) na kutrach w charakterze pomocnika co prawda, ale jakieś doświadczenie mam.

Piotr na pewno nie chodził do żadnego technikum rybackiego, raczej był samoukiem i to słabym. Po pierwsze wybrał się na połów nocą, kiedy o orientację na zbiornikach wodnych było wówczas trudno. Gdyby dysponował sonarem – urządzenie do lokalizacji ławic – poszłoby mu może lepiej, ale sonary to dopiero 20 wiek. Poza tym łowił przy brzegu – Pan Jezus wskazał mu potem, że łatwiej coś wyłowić z głębi. A łowił przy brzegu ponieważ nie był człowiekiem zbyt odważnym, bał się wody, nie umiał też pływać samodzielnie (pamiętajmy scenę, kiedy się topił i Pan Jezus go wyciągnął za fraki). Nawet średnio praktykujący rybak i wędkarz wie, że duże i piękne ryby trzymają się głębszych dołków. No, może poza głupimi żarłocznymi szczupakami, które żerują na płyciznach, a niektóre gotowe są prawie wyskoczyć na brzeg, byleby tylko coś chapnąć.

Co skłoniło Piotra, żeby natychmiast przystać na propozycję Pana Jezusa? Myślę, że zwietrzył kapitalną okazję, aby poprawić marne dotąd wyniki swojej spółki! Ho, ho, ho!  Z takim sternikiem, jak ten gość z Nazaretu, to nasze obroty skoczą o kilkaset procent! I może nawet kupić da się jakąś parę osłów, żeby nie tachać na plecach skrzynek z cefalami i tilapami, zresztą te rybki nadal tam żyją.

A być może, myślę, jeszcze jeden argument zaważył. Piotr z kolegami usłyszeli, że „będą łowić ludzi” … Kto wie, czy nie przemknęło im przez myśl, że zostali zaproszeni do jeszcze bardziej intratnego interesu, handel niewolnikami był wówczas stukrotnie zyskowniejszy niźli sprzedaż ryb. Pamiętajmy, że przemiana świadomości uczniów Pana Jezusa następowała powoli, przez wszystkie trzy lata wspólnych wędrówek stale kłócili się o pieniądze i stanowiska, kto ważniejszy, kto po lewej, kto po prawej stronie. Hm, zdaje się, że i dzisiaj podobne historie zdarzają się wśród następców grona apostolskiego, piszę to jednak nie po to, aby usprawiedliwiać siebie i „swoich”, wyjaśniam jedynie, jak było i jak czasami bywa i dziś. Apostołowie zasadniczo pojęli o co chodziło Mistrzowi dopiero pod Jego Krzyżem, a istotna rewolucja w ich myśleniu i działaniu nastąpią dopiero po stwierdzeniu, że Jego zmarłego na ich oczach nie ma w grobie!

Teraz duchowe znaczenie dzisiejszej Ewangelii. Nie wiemy dokładnie, co się rozgrywało w sercu Piotra i jego kolegów. Możemy jednak całkiem zasadnie przypuszczać, że mieli już dość nudnego życia w prowincjonalnych wiochach, otwierała się przed nimi perspektywa podróży do Jerozolimy! Do Jerozolimy! To coś takiego, jakby dzisiaj – perspektywa lubelska – ktoś z Jastkowa czy Wierzchowisk przeprowadzał się do Nowego Jorku lub Tokio! Co za kosmos! Akurat byli w okolicach trzydziestki, bibliści twierdzą, że Piotr miał wtedy 31 lat, a to dobry wiek, żeby dokonać życiowej wolty, zacząć coś nowego, odwrócić swój los.

 Niewątpliwie uczestnicy historii z połowem na głębszych wodach zakochali się także w Panu Jezusie. Piotr trzy lata po owym zdarzeniu trzykrotnie wyznaje, że Go kocha, Jan (apostoł) trochę później pisze płomienne listy aż kipiące radosną miłością do Niego. Może zakochali się w Jego wolności, w Jego prostym i szczęśliwym życiu, w Jego zachwycającej przyjaźni zarówno do pospolitych wróbli, do słodkich winogron ale przede wszystkim w Jego nagłej, szalonej i bezwarunkowej miłości do złodziei, prostytutek, ździerców podatkowych i źle pachnących trędowatych. I pomyśleli – „Jezu! To jest dopiero życie, życie na pełnym dynamicie!” I poszli, rzucając te dziurawe łodzie (Piotr używał takiej jeszcze przez chwilę po z martwych wstaniu Pana Jezusa), te podłe wiochy, te targi o ćwierć drachmy za pół cefali, te nudne i czcze gadki smutnych rabinów!

Na koniec, siostry i bracia, może czujecie w sercu potrzebę zmiany, wolty, wstania z kanapy (jak uczył 6 lat temu papież Franciszek w Polsce), to dobrze, idźcie z a tym Głosem. Pan Jezus dzisiaj ma do dyspozycji może już nie łodzie, ale komputery, strony internetowe, jakieś tam memy i posty. Zatem, siostry i bracia, zakochajmy się na nowo w Panu Jezusie i wybierzmy życie na pełnym dynamicie.

Dobrej, szczęśliwej, prawie już wiosennej niedzieli dla Was wszystkich!

Ewangelia

Pewnego razu – gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret – zobaczył dwie łodzie stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy.

Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: «Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!» A Szymon odpowiedział: «Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci». Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały.

Widząc to, Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: «Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiekiem grzesznym». I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona.

A Jezus rzekł do Szymona: «Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił». I wciągnąwszy łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim.

Itinerarium

CZY WRÓCI  SOLIDARNOŚĆ Z UKRAINĄ

Sobota 5 lutego 2022

Po ponad 40 latach od swoich narodzin polska solidarność jest w bardzo słabej formie, wzorem zdominowanej egoizmem zachodniej Europy ogranicza się do symbolicznych gestów. Pomoc dla krajów przeżywających tragedie czy skutki wojen  jest z naszej strony znikoma lub żadna, czasem dołączamy się do uprawianej z upodobaniem w zachodniej Europie strategii kierowania wyrazów „ubolewania”, „współczucia” czy nic nie znaczącego „oburzenia”. Trochę przypomina to gościa palącego cygaro nad rzeką, w której akurat topi się jakiś nieszczęśnik – „No, przykro mi bracie, nie dawaj się!”.

Nie wiem jak będzie w przypadku ewentualnej wojny Rosji z Ukrainą, na razie jest smutnie. Oczywiście, świat się zmienił w ciągu ostatniego półwiecza, niestety. Doskonale jednak pamiętam reakcję Wolnego Świata na wprowadzenie stanu wojennego, masowe protesty przed peerelowskimi ambasadami i idąca w setki mionów dolarów, franków, marek i lirów (euro jeszcze nie było) pomoc rzeczowa.

Przy tej okazji, jeśli rodziliście się na początku lat 80-tych ub. wieku, zapytajcie rodziców czy nie karmili was mlekiem z tzw. darów z zachodu albo czy nie siusialiście w nieznane wówczas w Polsce pampersy.

Nigdy tego długu nie spłaciliśmy, ani jako państwo ani jako naród, obowiązku niby nie mamy, wszak to były prezenty…

W czasie już na nowo niepodległej Polski kolejne rządy nie zrobiły zbyt wiele dla spełnienia tzw. doktryny Giedroycia, czyli wzmocnienia naszych wschodnich sąsiadów, tak, by mogły ostać się wobec agresywnej polityki Moskwy. Niewątpliwie najwięcej zrobili jednak sami Polacy, często zrzeszeni w fundacjach i stowarzyszeniach, niekoniecznie z jakimkolwiek wsparciem rządów, nawiązywali dobre relacje ze środowiskami niezależnymi  w Ukrainie, Białorusi czy Mołdawii.

Wczoraj z Lublina do Drohobycza pojechała druga tura spontanicznie zebranej pomocy, zbierało Centrum Wolontariatu, Stowarzyszenie Solidarności Globalnej i Wspólnota Emaus.  Do Ukrainy trafiły dwa agregatory prądotwórcze – cena gaz, rok do roku, skoczyła w górę 8-krotnie, prądu 5-krotnie – chemia, lekarstwa i kilka tysięcy złotych. Nasi partnerzy w Drohobyczu, tamtejsza Caritas, prowadzą piękne dzieło wspierania ubogich, bezdomnych, alkoholików i narkomanów, w sumie to kilkaset osób. Wcześniej, poprzez jednego z ukraińskich kapelanów wojskowych posłaliśmy na granicę z Donbasem lekarstwa i słodycze.

Na koniec, prośba, macie na pewno wokół siebie siostry i braci z Ukrainy, nawet jak nie możecie wysłać czegoś za Bug, to pośpieszcie z jakimiś dobrymi słowami, otuchą, nadzieją. Choćby nawet z tego powodu, że spełnia się swoiste proroctwo ś. p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wypowiedziane pod  gruzińskim Gori w sierpniu 2008 r. – „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, a pojutrze być może Polska …” (cytuję z pamięci). W dwóch trzecich to już fakty.

Ale bardziej jeszcze, róbmy dobre rzeczy dla Ukrainy i Ukraińców, bo to nasze siostry i bracia, bo my jesteśmy Narodem Solidarności. Bo taką misję my, Polacy, otrzymaliśmy ponad 40 lat temu.

Na zdjęciach – agregaty i inne dary z Lublina dla Ukrainy.

Itinerarium

I W GROMNICE I ŻYCIE WIECZNE WIERZĘ

Środa 2 lutego 2022

Jeszcze w ubiegłym wieku (i tysiącleciu!) przystępowała do spowiedzi pewna kobieta i rzuciła mi przed wyznaniem grzechów, że ostatni raz była w konfesjonale na „Świętego Izydora”. Ponieważ w hagiografiach jestem ogarnięty, wiedziałem, że było to mniej więcej w połowie maja, bo chodziło o Izydora Oracza, a nie tego z Sewilli.

Kilka dni temu sprawowałem pogrzeb w jednej z podlubelskich parafii, z tradycjami sięgającymi XIV wieku, w zakrystii rozegrała się dość osobliwa scena. Proboszcz, od niedawna tam służący, zapytał kościelnego czy wie, co to są „błażejki” i od razu przyłożył mu je do szyi.

Tu przypomnę, że  dawniej zwano tak małe, rozwidlone, woskowe świeczki, które błogosławiono trzeciego lutego a potem przykładano je do chorych gardeł. Wszystko to za sprawą, prawie zapoznanego ormiańskiego świętego, Błażeja, którego liturgia wspomina właśnie wtedy. Błażej, lekarz z wykształcenia, potem mnich asceta i biskup, uzdrowił młodego chłopaka duszącego się ością, tkwiącą w gardle. A „błażejki” mają chronić – jeśli podejdzie się do nich z wiarą – przed chorobami gardła, jamy ustnej i nosa.

Kościelny wzdrygnął się i zaprzeczył, dodał, że chyba nikt w parafii nie wie.

Myślę, że dzisiejsze święto, zwyczajowo zwane Matki Bożej Gromnicznej, może czekać wkrótce podobny los, jaki przydarzył się „błażejkom” i Izydorowi Oraczowi. Świece, błogosławione tego dnia, gromnice, miały chronić domy, zagrody, pola, zbiory przed gromami (stąd gromnice). Pierwszy piorunochron wymyślił – jeśli Internety nie kłamią – Czech, Vaclav Prokop Divis (1750), ale na dobre zagościły w polskich wsiach dopiero może 50 lat temu.

Moja bardzo pobożna i szczerze wierząca Mama, umieściła kiedyś ogarek gromnicy, pozostały z poprzedniego błogosławienia, w jakiejś pierzei stodoły. W nią właśnie trafił piorun, wybuchł pożar i zajął – licząc od zachodu – jedynie część do miejsca, gdzie był kawałek gromnicy, dalej już się nie rozprzestrzenił. Mimo, że byłem wtedy gówniarzem, wszystko pamiętam bardzo dobrze.

Myślę także, że dziś do kościołów z gromnicami na pobłogosławienie pójdzie niewielu katolików. Piorunochrony są powszechne, alerty RCB (Regionalne Centra Bezpieczeństwa) pakują nam realne i wydumane ostrzeżenia, poza tym o prawdziwy wosk coraz trudniej. A Stodoła to już chyba tylko jazz dla wyrafinowanych koneserów.

Ja i w gromnice i w „błażejki” i w św. Izydora wierzę . Podobnie jak w inne niemożliwe rzeczy, czyli w ciała zmartwychwstanie i nawet w  życie wieczne. Amen.

Itinerarium