Kazanie na niedzielę 31 października 2021
Dziś święto poświęcenia kościoła, a różnie z kościołami bywało, choćby w Lublinie.
W listopadzie 1845 r. ówczesny administrator diecezji lubelskiej bp Wincenty Pieńkowski (później ordynariusz) poprosił rosyjskiego gubernatora Marka Albertowa o rozbiórkę kościoła św. Michała. Ta najstarsza świątynia w mieście, zwana farą, pełniła wówczas rolę katedry. Pieńkowski uzasadniał, że „na kosztowną restaurację tego kościoła nie masz funduszu… Pozostać zaś dłużej nie może bez obawy zawalenia się, bo już część sklepienia upadła.” To jedyny znany mi przypadek, aby biskup poprosił władcę (i okupanta!) o rozbiórkę własnej katedry.
Tamtą decyzję skomentował po kilkunastu latach znakomity historyk kościelny ks. Jan Ambroży Wadowski „Społeczeństwo miejscowe ogarnęła jakaś martwota, magistrat miejski mało obchodziły teraz świątynie, a duchowieństwo wyższe, składające się z prałatów i kanoników, opuściło ręce i mniej gorliwym i ofiarnem okazywało się w podtrzymywaniu świątyni. Coraz więc większa postępowała ruina, bo żadnej nie przedsiębrano gruntownej restauracyi.”
Rosjanom było to bardzo na rękę, po prawie sześciu wiekach zniknął najważniejszy symbol katolickości Lublina, ostatecznie zburzony przy użyciu prochu.
Upadek fary św. Michała to jedno z najbardziej smutnych wydarzeń w historii Lublina, kładące się cieniem zarówno na duchowieństwie jak i wiernych świeckich.
Niewielu gości popijających lubelskie piwo (ponoć coraz słabsze) przy ul. Bernardyńskiej, ma świadomość że sączą trunki w dawnym kościele franciszkanów. Nie przypuszczam także, aby wśród rajców miejskich powszechna była wiedza, iż obradują, kłócą się i wyzywają w dawnym kościele i klasztorze karmelitów bosych, ratusz powstał tam po pożarze świątyni.
Rzesze turystów i miejscowych depczą po Pl. Litewskim, gdzie do maja r. 1925 stała prawosławna cerkiew Podwyższenia Krzyża Świętego, mniej więcej naprzeciwko gmachu Poczty Głównej.
Zdaje się, że dla obecnych pokoleń większego znaczenia te historie nie mają. Prawie wszyscy kierowcy śmigają dwupasmówką pod lubelskim zamkiem po miejscu, w którym przez kilka wieków dumnie wznosiła się największa żydowska synagoga Maharszala, rozebrana pod koniec niemieckiej okupacji miasta.
Zostawmy świątynie kamienne i betonowe. Najgorzej, że codziennie w gruzy i proch obracają się żywe świątynie, nasi bracia i siostry. Jedni umierają zapici tanim alkoholem F-16, przemycanym zza wschodnich granic, drudzy odbierają sobie życie z powodów różnych (tak ginie dwukrotnie więcej Polek i Polaków niźli w nagłaśnianych wypadkach drogowych), trzeci zarażani covidem przez swoich braci i siostry, jeszcze inni zaniedbani przez najbliższe rodziny i lekarzy.
To nasze święto, my jesteśmy najważniejszymi bazylikami, w nas mieszka Żywy Bóg. I mamy misję chronienia ich nie tylko w sobie samych ale i w tych wszystkich, którzy mogliby żyć, a odchodzą, bo … Dalej to już każdy z nas zrobić sobie może rachunek sumienia.
A na fotografii akurat puławska „Górka”.


