Na szczęście choinki (naturalne) już zaczynają więdnąć. I na drugie szczęście prezenty już się nam opatrzyły i znudziły. I na trzecie szczęście karp został spożyty już do końca (albo, nie daj Boże, wyrzucony). I na czwarte szczęście laleczki w żłóbkach nic nie mówiły.
Ale na szczęście, piąte już, mamy wokół siebie ludzi. Tak jak pasterze w Betlejem i jak Maria z Józefem w Nazarecie. Bóg stal się jednym z nas, zjednoczył się z każdym człowiekiem. I tylko tu – tylko tu – między nami, znajdziemy Go. Tak było 2 000 lat temu i tak jest dzisiaj.
I na szczęście z tymi ludźmi możemy rozmawiać, żartować, kłócić się i sprzeczać, dogadywać i jednoczyć, wspólnie marzyć, razem budować. To jest szczęście szóste, podobne temu w Betlejem i w Nazarecie, gdzie też były ludzkie wspólnoty.
Pewnie już skończyliście świętować Boże Narodzenie i knujecie jakby tu zabalować na sylwestra. To źle i bardzo źle. Bo jest sposób na codzienną radość z bliskości Boga. Bo jest szczęście siódme. Możemy ludzi kochać, oddać im siebie, objąć całym sercem, umysłem i duszą, przygarnąć najbliżej i przez to ocalić. Miłość jest szczęściem siódmym, jest codziennym Bożym Narodzeniem. Co za szczęście!


