Lekko podpitemu panu w średnim wieku, mszczącym na policjanta (pominę wyrażenia), zacząłem tłumaczyć niedawno, że nie powinien tak mówić o bracie. Najpierw upewnił się czy ów policjant nie jest przypadkiem moim bratem rodzonym. Potem nadziwić się nie mógł, że tak mówię o człowieku, który przecież czepia się go, czyli legitymuje przy okazji wychylania browaru na ulicy.
Kiedyś wdałem się w obronę dwóch mężczyzn, których grupa moich znajomych, też podpitych i żyjących często na ulicy, zwyzywała od „p… ruskich”. Prosiłem, aby tak nie mówili o swoich braciach, nota bene wcale nie ruskich, bo jeden był Kazachem a drugi chyba Gruzinem. Też pukali się w głowę i uzasadniali, że „nasi” to oni nie są.
Odkrywanie braci i sióstr w tych, których z różnych powodów na początku nie lubimy, nie jest łatwe. Ciążą nam stereotypy, uprzedzenia zagnieżdżone w podświadomości, niechęć do innych, „nie naszych”. Przypomina mi się jeszcze jedna rozmowa, tym razem z całkiem trzeźwym i rezolutnym panem, weteranem podziemia antykomunistycznego. Kiedy wspomniałem o braciach Żydach, ongiś stanowiących połowę mieszkańców Lublina, starał się mnie hamować – „No, nie! Tylko nie Żydzi!” A kiedy sięgnąłem po argument z Ewangelii o powszechnym braterstwie głoszonym przez Chrystusa, usłyszałem, żebym nie traktował wszystkiego tego serio. Mam tak jednak, że staram się na serio brać i życie i Ewangelię.
Kogokolwiek spotkamy dzisiaj, spotkamy nasze siostry i naszych braci.


