DAR I SZCZĘŚCIE

Środa 1 lutego 2017 W niebie i na ziemi liczy się jedno. Dar. To, co dałeś bez oczekiwania na jakiś rewanż i odpłatę. Dar.

Mogą to być dobre zimowe buty oddane dla bezdomnych, mogę podpowiedzieć gdzie to przekazać, jakbyś miał trzy pary, a i tak chodzisz w najwyżej dwóch. Mogą to być także rękawiczki, czapki, kalesony albo ciepłe kurtki. Bylebyś dał to z serca, dar.

Może to być twoja złotówka lub siedem złotych, na zupę z bułką dla głodnego, stać na to każdego z was. Byle to z serca było, chodzi o dar.

Może to być czas słuchania o rozwodach, klęskach, smutkach, ludzie bardzo chcą to opowiadać, jak opowiedzą stają się wolni. Słuchaj tylko sercem, to jest Wielki Dar.

Na ziemi twój dar da radość obdarowanemu. W niebie, Pan Bóg zamieni twoje dary na szczęście bez granic.

Itinerarium

JAK W SAM RAZ DLA SZATANA

Wtorek 31 stycznia 2017 Trach, bach i już koniec stycznia, a przecież dopiero co ubieraliśmy choinki. W zasadzie nieustannie walczymy z czasem. W czasie rozgrywa się także walka o nas, toczona przez szatana i Pana Boga. Ani Pan Bóg ani szatan do niczego nas nie zmuszają. Pan Bóg zaprasza, na przykład do Dziesięciu przykazań a szatan kusi, na przykład do kłamstwa i nienawiści. Ja, wolny człowiek, mogę wybierać.

Kończy się styczeń, i wiecie co najbardziej lubi szatan? W styczniu najbardziej lubi miesiąc luty. Z kolei pod koniec lutego okaże się, że on najbardziej kocha marzec. I tak aż do grudnia, kiedy szatan obwieści, że najlepszy jest rok 2018. Szatan, o czym już tu pisałem, jest mistrzem jutra. Podpowiada nam – a my skrzętnie z tego korzystamy – żebyśmy ważne rzeczy zrobili jutro. Nie dziś, ale jutro, nie w styczniu ale w lutym, nie w tym roku ale w następnym. Jutro oddamy dług nie dzisiaj, nie w styczniu ale w lutym wreszcie przeprosimy za świństwa, nie w tym roku ale w przyszłym zrobimy porządek w życiu.

I o to chodzi szatanowi. My się zawsze wytłumaczymy przemęczeniem, zimową depresją (którą zresztą w końcu marca zastąpi depresja wiosenna), brakiem czasu i śliskimi chodnikami. I tak marnujemy prawdę, miłość, solidarność, czułość, przebaczenie, a potem mówimy „No i szlag to trafił!” Nie szlag, ale szatan wygrał.

Doradzam, zróbcie wszystkie ważne rzeczy jeszcze w styczniu, to co należy się miłości, co jest przebaczeniem, co trzeba by zabłysnęła prawda. Dzisiaj. Bo jutro będzie za późno, ale jak w sam raz dla szatana.

Itinerarium

COKOLWIEK JEST MIŁOŚCIĄ

Poniedziałek 30 stycznia 2017 Trzech żołnierzy ukraińskich zginęło wczoraj pod Donieckiem. Gdzie ten Donieck? I dlaczego tam zginęli? Trochę jest tak, jak w tym kawale o złotej rybce i intelektualiście, który ją złowił. Mędrzec prosi najpierw o pokój w Donbasie, później o zahamowanie zbrodni Boko Haram w Nigerii, rybka się krzywi, człek w końcu zabiega o spokój w polskim sejmie. A rybka, zdrowo wkurzona, mówi: „Pokaż mi na mapie, gdzie jest ten Donbas albo Lagos …”

Świat, niestety, kończy się nam na własnym domu, osiedlu, mieście lub kraju. Mało czytamy, myślenie jest rzadkim komfortem, na który pozwalamy sobie przy prorokowaniu zdarzeń w następnym odcinku ulubionego serialu.

Styczeń się kończy, zaraz luty. Może ta nadchodząca wiosna obudzi nasze serca. I weźmiemy w nie tych żołnierzy ukraińskich, dzieci porywane w Nigerii przez Boko Haram. Albo jakąś sierotę adoptujemy. Albo cokolwiek innego, co jest miłością. Miłością ale czynem, dziełem, faktem.

Itinerarium

EWANGELIA NA SERIO W ZIMNEJ PRZERĘBLI

Kazanie na 4 Niedzielę Zwykłą 29 stycznia 2017 Ponieważ wierzę w Ewangelię, staram się żyć według wskazówek zawartych w ośmiu błogosławieństwach. Staram się. Moja koleżanka – trochę gadatliwa i wesolutka – mówi, że uznaje tylko sześć, bo smutni i cisi to nie dla niej, i w ogóle nie dla ludzi. Ale się stara choćby te sześć jakoś zamienić w swój życiorys.

W pierwszym odczuciu błogosławieństwa wydają się trochę okrutne, odbierające radość życia, ograniczające. Zgoda, ale Ewangelia nie jest dla mięczaków. Normalnie wzdrygamy się przed kąpielą w zimnym jeziorze w końcu stycznia, w przerębli. A co na to morsy, ludzie, którzy nie wchodzą do wody o temperaturze wyższej niż pięć minus? Dla nich pluskanie w lodowatej wodzie to absolutna radocha i wielkie szczęście.

Żyjemy małymi szczęściami i lipnymi radościami i jeszcze naklejamy na to etykietę „Sens życia”. Jest też droga ośmiu błogosławieństw, droga miłosierdzia, solidarności, czułości, sprawiedliwości, czystości serca i wzniosłości ducha, Boża droga.

No jest, ale przecież nie jesteśmy morsami, którzy skaczą w zimną przerębel. Jesteśmy porządnymi ludźmi zasiadającymi w miękkich fotelach.  Chociaż… Patrzę na termometr, już minus sześć. Skaczę w tę przerębel!

Ewangelia na dzisiaj

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami:

 

Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. (Mt 5,1-12a)

Itinerarium

POMYŚLEĆ O PANU BOGU

Sobota 28 stycznia 2017 Dzisiaj jest wspomnienie św. Tomasza z Akwinu, filozofa i teologa, który  dużo myślał i rozważał o Panu Bogu. Napisał kilka dużych ksiąg, po tych przemyśleniach.

Mamy wolną sobotę, potem niedzielę. O Panu Bogu naprawdę warto pomyśleć.

Tomasz urodził się na zamku Roccasecca niedaleko Akwinu (Włochy) w 1225 r. Jego ojciec, rycerz Landulf, był z pochodzenia Lombardczykiem, matka zaś była Normandką. Kiedy chłopiec miał 5 lat, rodzice oddali go w charakterze oblata do opactwa na Monte Cassino. Jednak Opatrzność miała inne zamiary wobec młodzieńca. Z niewyjaśnionych przyczyn opuścił on klasztor i udał się do Neapolu, gdzie studiował na tamtejszym uniwersytecie. Tam zapoznał się z niedawno założonym przez św. Dominika (+ 1221) Zakonem Kaznodziejskim. Rok wstąpienia do tego zakonu nie jest bliżej znany. Święty miał wtedy ok. 20 lat. Spotkało się to z dezaprobatą rodziny. Wszelkimi sposobami, włącznie z dwuletnim aresztem domowym, próbowano zmienić jego decyzję; bezskutecznie. Wysłano nawet jego własną siostrę, Marottę, by mu dominikanów “wybiła z głowy”. Tomasz jednak umiał tak do niej przemówić, że sama wstąpiła do benedyktynek.
Przełożeni wysłali go na studia do Rzymu, a stamtąd około roku 1248 do Kolonii, gdzie wykładał na tamtejszym uniwersytecie głośny uczony dominikański, św. Albert Wielki (+ 1260), który miał wypowiedzieć prorocze słowa o Tomaszu: “Nazywamy go niemym wołem, ale on jeszcze przez swoją naukę tak zaryczy, że usłyszy go cały świat”. W Kolonii Tomasz przyjął święcenia kapłańskie. Po chlubnym ukończeniu studiów przełożeni wysłali go do Paryża, by na tamtejszej Sorbonie wykładał teologię. Był najpierw bakałarzem nauk biblijnych (1252-1253), z kolei wykładał Sentencje Piotra Lombarda (1253-1255). Zadziwiał wszystkich jasnością wykładów, wymową i głębią. Stworzył własną metodę, w której najpierw wysuwał trudności i argumenty przeciw danej prawdzie, a potem je kolejno zbijał i dawał pełny wykład.
Na skutek intryg, jakie przeciwnicy dominikanów rozbudzili na Sorbonie, Tomasz po siedmiu latach powrócił do Włoch. Na kapitule generalnej został mianowany kaznodzieją (1260). Przez pewien czas prowadził także wykłady na dworze papieskim Urbana IV (1261-1265). W latach 1265-1267 przebywał ponownie w domu generalnym Zakonu – w klasztorze św. Sabiny w Rzymie. W latach 1267-1268 przebywał w Viterbo jako kaznodzieja papieski.
Kiedy ucichła burza w Paryżu, przełożeni ponownie wysłali swojego czołowego teologa do Paryża (1269-1272). Po trzech latach wrócił do Włoch i wykładał na uniwersytecie w Neapolu (1272-1274). W tym samym czasie kapituła generalna zobowiązała go, aby zorganizował teologiczne studium generale dla Zakonu. Tomasz upatrzył sobie na miejsce tychże studiów Neapol.
W roku 1274 papież bł. Grzegorz X zwołał do Lyonu sobór powszechny. Zaprosił także Tomasza z Akwinu. Tomasz jednak, mając 48 lat, po krótkiej chorobie zmarł w drodze na sobór w opactwie cystersów w Fossanuova dnia 7 marca 1274 roku. Z tego właśnie powodu do roku 1969 doroczną pamiątkę św. Tomasza Kościół obchodził właśnie 7 marca, w dzień śmierci. Ten dzień przypada jednak prawie zawsze w Wielkim Poście. Dlatego reforma liturgiczna doroczne wspomnienie świętego przesunęła wyjątkowo na 28 stycznia – a więc na dzień przeniesienia jego relikwii do Tuluzy w 1369 r.

Akwinata wsławił się szczególnie niewinnością życia oraz wiernością w zachowywaniu obserwancji zakonnych. Właściwe Zakonowi zadanie, jakim jest służba Słowu Bożemu w dobrowolnym ubóstwie, znalazło u niego wyraz w długoletniej pracy teologicznej: w gorliwym poszukiwaniu prawdy, którą należy nieustannie kontemplować i przekazywać innym. Dlatego wszystkie swoje zdolności oddał wyłącznie na służbę prawdy. Sam starał się ją posiąść, skądkolwiek by pochodziła, i ogromnie pragnął dzielić się nią z innymi. Odznaczał się pokorą oraz szlachetnym sposobem bycia.
Kaznodzieja, poeta, ale przede wszystkim wielki myśliciel, człowiek niezwykłej wiedzy, którą umiał połączyć z niemniej wielką świętością. Powiedziano o nim, że “między uczonymi był największym świętym, a między świętymi największym uczonym”. W swej skromności kilkakrotnie odmawiał propozycji zostania biskupem.

Itinerarium

ZA CO KOCHAM MAFIĘ POLSKĄ

 

Piątek 27 stycznia 2017 Musiałem ostatnio skorzystać z usług taksówkarzy, w Warszawie. Pierwszy, z korporacji, niemal wprawił mnie w osłupienie, bo czytał eseje o Toskanii (Florencja, Piza, Siena, etc.)

– A co, mam grzebać jak idiota w smartfonie? Coś się dowiem, może tam pojadę, czasem stoję bezczynny nawet godzinę. Wcześniej przeczytałem książkę o Lombardii (Mediolan) i już wiem, że tam nie tylko Inter i Milan (kluby piłkarskie), ale, że tam Dąbrowski powołał polskie legiony za Napoleona.

Pochwaliłem szczerze, taksówkarz orzekł, że płacę 40 złotych. Zapłaciłem, bo trasa była długa. Musiałem potem wrócić tą samą drogą, ale „wynająłem samochód z kierowcą”, jak eufemistycznie pisze się o usłudze typu „Uber”. A tu znowu szok, kierowca ma książkę, prawie już przeczytaną.

– O Masie czytam (polski mafioso z Pruszkowa), ten też miał kolesi taksówkarzy. Nudzi mi się na czekaniu, żona pożycza mi książki z biblioteki.

Podsumował mnie, na koniec kursu, na 20 złotych. Zapłaciłem i szybko doszedłem do wniosku, że za jazdę z miłośnikiem Florencji i Mediolanu trzeba płacić dwa razy więcej niż za podróż z admiratorem historii polskiej mafii. I słusznie, kultura wyższa zasługuje na większe wsparcie niż  opowieści o praniu bejsbolem.

Mądrzy ludzie czytają książki, czasem nawet je piszą. Na marginesie, ile książek przeczytaliście w roku 2017? Jak więcej niż jedną, to brawo. Jak mniej, idźcie na taksówkę.

Itinerarium

WIERZĘ

Czwartek 26 stycznia 2017 Wierzę w jednego Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych.
I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami.
Bóg z Boga, światłość ze światłości.
Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego.
Zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało.
On to dla nas, ludzi, i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba.
I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy, i stał się człowiekiem.
Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany.
I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo.
I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca.
I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych: a królestwu Jego nie będzie końca.
Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi.
Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę; który mówił przez proroków. Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół.
Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów.
I oczekuję wskrzeszenia umarłych.
I życia wiecznego w przyszłym świecie.

Amen.

 

No właśnie, tak co niedzielę mówimy, że wierzymy. Mówimy. Może też i wierzymy.

Itinerarium

PRZEZ TE KONIE NIE NAWRACAMY SIĘ

Środa 25 stycznia 2017 Można się nawracać całe życie i wcale to nie musi się udać. Można na raty, trochę przed Wigilią, trochę przed Rezurekcją, ale – moim zdaniem – nawrócenie to nie kuracja odchudzająca, gdzie co tydzień jeden kilogram zrzucamy. Najlepiej się nawrócić od razu. Problem w tym, że coraz mniej koni.

Św. Paweł, którego nawrócenie dziś świętujemy jechał najprawdopodobniej koniem do Damaszku. I coś go z tego konia zrzuciło na ziemię i to tak dobrze, że się nawrócił . Dziś koni coraz mniej, rzadziej na nie siadamy i dlatego jesteśmy rozleniwieni, ospali i rzecz jasna coraz grubsi. No i nie nawracamy się od razu. Chyba, że ktoś ma szczęście – a wiem, że niektórym z was tak się zdarzyło – mieć wypadek z końmi mechanicznymi. Po takim wypadku, jak Pawłowi z Tarsu, większość ludzi nawraca się, bo po coś przecież przeżyli.

Uwaga! Nikomu nie życzę wypadku, Boże broń! Właśnie piszę po to, żebyście zaraz się nawrócili. Ale czymże jest moje pióro – tzn. klawiatura – w porównaniu z narowistym koniem co zrzuca jeźdźca na ziemię lub kupą blachy jednego auta co wali w drugie? Lepiej mieć złamane żebro po koniu czy rękę na temblaku po zderzeniu samochodowym i nawrócić się oraz znaleźć w niebie, niźli udawać świętego (pod krawatem) przy żłóbku lub imitacji pustego grobu Pana Jezusa i znaleźć się nie w niebie.

Boże drogi i Pawle Święty, dajcie nam więcej narowistych koni albo mądrość serca, żebyśmy się nawrócili. Teraz. Dziś. Od zaraz.

 

Liturgia słowa na Święto Nawrócenia Świętego Pawła 25 stycznia.

 

Szaweł ciągle jeszcze siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich. Udał się do arcykapłana i poprosił go o listy do synagog w Damaszku, aby mógł uwięzić i przyprowadzić do Jerozolimy mężczyzn i kobiety, zwolenników tej drogi, jeśliby jakichś znalazł. 

Gdy zbliżał się już w swojej podróży do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos, który mówił: «Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?» 

Powiedział: «Kto jesteś, Panie?» 

A On: «Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić». 

Ludzie, którzy mu towarzyszyli w drodze, oniemieli ze zdumienia, słyszeli bowiem głos, lecz nie widzieli nikogo. Szaweł podniósł się z ziemi, a kiedy otworzył oczy, nic nie widział. Wprowadzili go więc do Damaszku, trzymając za ręce. Przez trzy dni nic nie widział i ani nie jadł, ani nie pił. 

W Damaszku znajdował się pewien uczeń, imieniem Ananiasz. Pan przemówił do niego w widzeniu: «Ananiaszu!» 

A on odrzekł: «Jestem, Panie!» 

A Pan do niego: «Idź na ulicę Prostą i zapytaj w domu Judy o Szawła z Tarsu, bo właśnie się modli». (I ujrzał Szaweł w widzeniu, jak człowiek imieniem Ananiasz wszedł i położył na nim ręce, aby przejrzał). 

Odpowiedział Ananiasz: «Panie, słyszałem z wielu stron, jak dużo złego wyrządził ten człowiek świętym Twoim w Jerozolimie. I ma on także władzę od arcykapłanów więzić tutaj wszystkich, którzy wzywają Twego imienia». 

Odpowiedział mu Pan: «Idź, bo wybrałem sobie tego człowieka za narzędzie. On zaniesie imię moje do pogan i królów, i do synów Izraela. I pokażę mu, jak wiele będzie musiał wycierpieć dla mego imienia». 

Wtedy Ananiasz poszedł. Wszedł do domu, położył na nim ręce i powiedział: «Szawle, bracie, Pan Jezus, który ukazał ci się na drodze, którą szedłeś, przysłał mnie, abyś przejrzał i został napełniony Duchem Świętym». Natychmiast jakby łuski spadły z jego oczu i odzyskał wzrok, i został ochrzczony. A gdy go nakarmiono, odzyskał siły. 

Jakiś czas spędził z uczniami w Damaszku i zaraz zaczął głosić w synagogach, że Jezus jest Synem Bożym. 

Wszyscy, którzy go słyszeli, mówili zdumieni: «Czy to nie ten sam, który w Jerozolimie prześladował wyznawców tego imienia i po to tu przybył, aby ich uwięzić i zaprowadzić do arcykapłana?» A Szaweł występował coraz odważniej, dowodząc, że Ten jest Mesjaszem, i szerzył zamieszanie wśród Żydów mieszkających w Damaszku. (Dz 9, 1 – 22)

 

 

Itinerarium

KIEDY PANNA W POWOZIE PODRÓŻOWAĆ MOŻE

Wtorek 24 stycznia 2017 Nauczycielowi płci męskiej zezwala się na wykorzystanie jednego wieczoru w tygodniu na sprawy osobiste (bądź też dwóch wieczorów, jeśli regularnie uczęszcza do kościoła). Z kolei nauczycielki, które wychodzą za mąż bądź angażują się w romanse dostaną natychmiastowe wypowiedzenie.

Ponieważ trwa karnawał, pozwoliłem sobie zacytować dwa wersety z Kodeksu Nauczyciela z r. 1872, podrzucił mi kolega, pedagog. Kodeks pachnie Ameryką i baptyzmem. Odnalazłem oryginał (mam nadzieję) i wklejam na końcu wpisu zarówno wersję polską z 9 zasadami jak i równie zabawny punkt 10 z wersji amerykańskiej.

Zaraz też sprawdziłem – w polskiej Karcie Nauczyciela – kto dziś może być nauczycielem. I normalnie nuda:

 „Stanowisko nauczyciela może zajmować osoba, która:

1) posiada wyższe wykształcenie z odpowiednim przygotowaniem pedagogicznym lub ukończyła zakład kształcenia nauczycieli i podejmuje pracę na stanowisku, do którego są to wystarczające kwalifikacje;

2) przestrzega podstawowych zasad moralnych;

3) spełnia warunki zdrowotne niezbędne do wykonywania zawodu”.

Tak, wszystko się dziś rozrasta. Kiedyś wystarczało 10 przykazań, dziś – dla przykładu – Kodeks Karny (polski) ma kilkaset artykułów (a ileż to stron!), zresztą Kodeks Prawa Kanonicznego to również gruba księga.

Taki motyw karnawałowy wrzucam – kiedyś było krótko, prosto i nawet zabawnie, dzisiaj jest długo, zawile i nudno. Udanego karnawału.

 

Kodeks Nauczyciela z 1872 roku

  1. Nauczyciel każdego dnia powinien zadbać o to, aby lampy były napełnione a kominek czysty.
  2. Każdy nauczyciel winien codziennie przynosić wiadro wody i kubeł węgla.
  3. Pióra należy przygotowywać starannie. Końcówki piór można ostrzyc zgodnie z indywidualnymi upodobaniami wychowanków.
  4. Nauczycielowi płci męskiej zezwala się na wykorzystanie jednego wieczoru w tygodniu na sprawy osobiste (bądź też dwóch wieczorów, jeśli regularnie uczęszcza do kościoła).
  5. Po spędzeniu dziesięciu godzin w szkole, nauczyciele mogą oddać się czytaniu Biblii lub innych pożytecznych ksiąg.
  6. Nauczycielki, które wychodzą za mąż bądź angażują się w romanse dostaną natychmiastowe wypowiedzenie.
  7. Nauczyciel, który pali, używa alkoholu w jakiejkolwiek formie, uczęszcza do kasyna lub domu publicznego, lub tez goli się u fryzjera dostarcza znakomitych powodów, by żywić poważne wątpliwości, co do jego wartości, zamiarów, prawości i uczciwości.
  8. Nauczyciel powinien odkładać drobne sumy z każdej wypłacanej mu pensji, aby w latach starości nie stać się ciężarem dla społeczeństwa.
  9. Nauczyciel wykonujący swą pracę sumiennie i wiernie przez 5 lat spodziewać się może podwyżki w wysokości dwudziestu pięciu centów tygodniowo, o ile zarząd wyrazi na to zgodę.

 

I punkt 10, który znalazłem w amerykańskim oryginale:

Nauczycielka może jeździć w powozie z mężczyzną o ile jest on jej ojcem lub bratem.

Itinerarium

MIKOŁAJ I WINCENTY I ŻYCIE WIECZNE

Poniedziałek 23 stycznia 2017 Nazwiska Wincentego Lewoniuka czy Mikołaja Grossa niewiele lub nic wam nie powiedzą. Obydwaj są zapomnianymi raczej i nieznanymi błogosławionymi męczennikami. Obydwaj mają swoje liturgiczne wspomnienia dzisiaj, 23 stycznia. Ich życiorysy wklejam na końcu wpisu (za www.brewiarz.pl).

Błogosławiony Wincenty został zastrzelony przez rosyjskich kozaków w obronie wiary, błogosławiony Mikołaj  z tego samego powodu powieszony przez hitlerowców.

Przepraszam, że ja tak w poniedziałek z pytaniem o życie wieczne startuję. No ale przecież nie tylko pracujemy, bywamy na urlopach czy szalejemy na nartach. Przecież gdzieś tam na horyzoncie winniśmy mieć życie wieczne. Dla tego życia wspomniani Wincenty i Mikołaj przelali krew. Nikt nas dzisiaj nie zaprowadzi przed pluton egzekucyjny, pewnie próba męczeństwa ominie nas.

Pozostaje jednakże codzienna próba miłości, która daje wstęp do życia wiecznego. Chodzi o tę czułość, o szczere i dobre słowa, o chleb, który damy biednym, o wsłuchanie się w żale utrapionych, o serce kochające. Błogosławieni męczennicy, Wincenty i Mikołaju, którzy już życie wieczne znacie, módlcie się za nami.

Mikołaj Gross urodził się 30 września 1898 roku w Niederwenigern, małej miejscowości w Zagłębiu Ruhry, w Niemczech. Wychowywał się w rodzinie ubogiej i pobożnej. Po ukończeniu szkoły podstawowej w 1912 roku, pracował najpierw przez trzy lata w walcowni, a potem przez pięć lat jako górnik w kopalni. Jednocześnie uczęszczał w Essen na kursy wieczorowe, by zdobyć lepsze wykształcenie. W 1917 roku zapisał się do Związku Górników Chrześcijańskich, a w 1919 roku został członkiem Stowarzyszenia Górników i Robotników św. Antoniego Padewskiego.
Wiara katolicka bardzo wcześnie pomogła mu zrozumieć, że dla chrześcijanina solidarność stanowi drogę do przezwyciężenia niesprawiedliwości i nierówności społecznych. To prowadziło go do jeszcze większego zaangażowania w działalność społeczną. W 1920 roku został sekretarzem Związku Młodzieży w Oberhausen, a rok później rozpoczął pracę w redakcji chrześcijańskiego czasopisma “Górnik” (wydawano go w Essen). Od 1922 roku przewodniczył Stowarzyszeniu Górników Chrześcijańskich, najpierw na Dolnym Śląsku, potem w Saksonii i Zagłębiu Ruhry. W połowie 1926 roku został redaktorem, a następnie dyrektorem “Westdeutsche Arbeiterzeitung”, najważniejszej gazety ruchu robotników chrześcijańskich w zachodnich Niemczech (osiągała nakład 170 tys. egzemplarzy).
Wkrótce też nastąpiła poważna zmiana w jego życiu. W dniu 23 maja 1923 roku ożenił się z Elżbietą Koch. Znali się jeszcze z lat szkolnych. Tworzyli kochającą się parę. Z ich małżeństwa w latach 1924-1940 urodziło się siedmioro dzieci. Był dobrym ojcem, bardzo przywiązanym do rodziny. W 1930 roku rodzina Grossów przeniosła się do Kolonii.
W swojej działalności Mikołaj coraz bardziej sprzeciwiał się zarówno nazistowskim teoriom ekonomicznym, jak i antychrześcijańskiej i neopogańskiej ideologii. Powtarzał: “Szczególną troską powinniśmy otaczać ubogich i chorych”. Nie był wielkim mówcą, ale w jego słowach słychać było szczerość i prawdę. To pociągało za nim ludzi. Z każdym rokiem rosnących wpływów Adolfa Hitlera, zasłona propagandy była coraz mniej szczelna. Coraz więcej osób przekonywało się o prawdziwym obliczu narodowego socjalizmu. Przy każdej nadarzającej się okazji Mikołaj nawoływał robotników do uważnego i uczciwego przyglądania się działaniom przedstawicieli nowej partii. Po objęciu władzy przez Hitlera w 1933 roku, kierowany przez Grossa dziennik borykał się z coraz większymi trudnościami. Mikołaj przypominał na jego łamach, że “chrześcijanie powinni sprzeciwiać się narodowym socjalistom nie tylko z powodów ekonomicznych i politycznych, ale przede wszystkich ze względu na naszą wiarę i kulturę”. Kresem dziennika stał się rok 1938 – zakazano jego wydawania.
Mikołaj publikował jeszcze pomniejsze pisma. Przyłączył się także do ruchu oporu w Niemczech. Z tego powodu jego nazwisko figurowało na czarnej liście władz narodowo-socjalistycznych. Po nieudanym zamachu na Hitlera w dniu 20 lipca 1944 roku, Gross, pomimo że nie brał udziału w jego przygotowaniu, został aresztowany. Był torturowany i więziony w Kolonii, Frankfurcie nad Menem, Ravensbrück i Berlinie. Na koniec, w dniu 15 stycznia 1945 roku wyrokiem tzw. sądu ludowego, pod przewodnictwem Rolanda Freislera, skazano go na śmierć. Dwa dni później jego żona, która na wszelkie sposoby próbowała go ratować, uzyskała zezwolenie na piętnastominutowe odwiedziny. Podczas ostatniego spotkania Mikołaj powiedział jej: “Do zobaczenia w lepszym świecie. W niebie będę mógł zrobić więcej dla ciebie i dla dzieci niż na tym świecie”.
W dniu 23 stycznia 1945 roku został powieszony w więzieniu w Berlinie-Plötzensee. Naziści bali się jego wiary w Boga, jego siły ducha, także po śmierci. Dlatego ciało Mikołaja spalono, a rodzinę powiadomiono o jego śmierci dopiero 7 lutego. Kilka miesięcy później koszmar II wojny światowej dobiegł końca.

Wincenty Lewoniuk i męczennicy z Pratulina.

Męczennicy z Pratulina byli prostymi chłopami z Podlasia. Zasłynęli niezwykłym męstwem i przywiązaniem do swej wiary podczas prześladowań Kościoła katolickiego, które miało miejsce na terenie zaboru rosyjskiego.
Kościół unicki, będący w jedności z Rzymem, powstał na mocy Unii Brzeskiej z 1596 roku. Doprowadziła ona do zjednoczenia Kościoła prawosławnego na terenach Rzeczpospolitej z Kościołem katolickim i papieżem. Wyznawcy tego Kościoła, po zjednoczeniu, nazywani są powszechnie unitami.
Prześladowania rosyjskie były wyjątkowo krwawe i dobrze zorganizowane. Carowie zaczynali likwidację Kościoła katolickiego od zniszczenia właśnie Kościoła unickiego. Czynili to planowo i systematycznie. W roku 1794 caryca Katarzyna II zlikwidowała Kościół unicki na podległych sobie ziemiach. W roku 1839 car Mikołaj I dokonał urzędowej likwidacji Kościoła unickiego na Białorusi i Litwie. W drugiej połowie XIX w. na terenach zajętych przez Rosję Kościół unicki istniał już tylko w diecezji chełmskiej, w Królestwie Polskim. Administracja carska zaplanowała likwidację także tego Kościoła. Car Aleksander II zaaprobował program prześladowań.
Na styczeń 1874 roku zaplanowano wprowadzenie obrzędów prawosławnych do liturgii unickiej. Następnie mieli to zaakceptować wierni, a rząd rosyjski oficjalnie potwierdzał przystąpienie danej parafii do Kościoła prawosławnego. Wcześniej usunięto biskupa i kapłanów, którzy nie zgadzali się na reformy prowadzące do zerwania jedności z papieżem. Za swoją wierność zapłacili oni zsyłkami na Sybir, więzieniem lub usunięciem z parafii. Wierni świeccy, pozbawieni pasterzy, sami ofiarnie bronili swojego Kościoła, jego liturgii i jedności z papieżem, często nawet za cenę życia.
W Pratulinie doszło do starcia z Kutaninem, carskim naczelnikiem powiatu. Żądał on, aby miejscowi parafianie oddali kościół nowemu duszpasterzowi. Ludność nie zgodziła się na oddanie świątyni. Mieszkańcy otrzymali kilka dni do namysłu. Kutanin powrócił do Pratulina w dniu 24 stycznia 1874 roku, ale nie sam, lecz z kozakami. Żołnierzami dowodził pułkownik Stein. Na wieść o tym przy cerkwi zebrała się niemal cała parafia. Naczelnik zażądał kluczy cerkiewnych. Straszył zgromadzonych wojskiem. Otoczył kościół, zajmując pozycje za parkanem przykościelnym.
Unici wiedzieli, że obrona świątyni może ich kosztować utratę życia. Szli do kościoła, aby bronić wiary i byli gotowi na wszystko. Żegnali się z bliskimi w rodzinach, ubierali się odświętnie, ponieważ, jak mówili, szło o najświętsze sprawy. Nie mogąc nakłonić unitów do rozejścia się ani groźbami, ani obietnicami łask carskich, dowódca dał rozkaz strzelania do zebranych. Widząc, że wojsko ma nakaz zabijania stawiających opór, wierni uniccy uklękli na cmentarzu świątynnym i śpiewem przygotowywali się do złożenia życia w ofierze. Umierali pełni pokoju, z modlitwą na ustach, śpiewając “Święty Boże” i “Kto się w opiekę”. Nie złorzeczyli prześladowcom, gdyż jak mówili: “słodko jest umierać za wiarę”.
Pułkownik Stein wydał rozkaz, aby żołnierze się przegrupowali, a następnie ustawili bagnety na karabinach i przygotowali do odebrania cerkwi przemocą. Wśród obrońców byli dawni żołnierze carskiej armii, którzy znali zasady wojskowego rzemiosła. Wiedzieli, że żołnierze nie mogą postępować brutalnie wobec ludności cywilnej. Wojsko przekroczyło parkan i bijąc ludzi kolbami karabinów i kłując bagnetami, torowało sobie drogę do cerkwi.

Przy świątyni w Pratulinie w dniu 24 stycznia 1874 roku poniosło śmierć za wiarę i jedność Kościoła 13 unitów. Byli to:

Wincenty Lewoniuk, lat 25, żonaty, pochodził z Woroblina. Był człowiekiem pobożnym i cieszył się uznaniem u ludzi. Jako pierwszy oddał życie w obronie świątyni.

Daniel Karmasz, lat 48, żonaty, pochodził z Lęgów. Jego syn mówił, że ojciec był człowiekiem religijnym. Jako przewodniczący bractwa podczas obrony kościoła stanął na czele z krzyżem, który do dzisiaj jest przechowywany w Pratulinie.

Łukasz Bojko, lat 22, kawaler, pochodził z Lęgów. Brat zaświadczył, że Łukasz był człowiekiem szlachetnym, religijnym i cieszył się dobrą opinią wśród ludzi. W czasie obrony świątyni bił w dzwony.

Konstanty Bojko, lat 49, żonaty, pochodził z Zaczopek. Był ubogim rolnikiem i sprawiedliwym człowiekiem.

Konstanty Łukaszuk, lat 45, żonaty, pochodził z Zaczopek. Był sprawiedliwym i uczciwym człowiekiem, szanowanym przez ludzi. W wyniku otrzymanych ran zmarł następnego dnia, zostawiając żonę i siedmioro dzieci.

Bartłomiej Osypiuk, lat 30, pochodził z Bohukal. Był żonaty z Natalią i miał dwoje dzieci. Cieszył się szacunkiem mieszkańców. Był uczciwy, roztropny i pobożny. Śmiertelnie ranionego przewieziono go do domu, gdzie zmarł modląc się za prześladowców.

Anicet Hryciuk, lat 19, kawaler, pochodził z Zaczopek. Był młodzieńcem dobrym, pobożnym i kochającym Kościół. Idąc do Pratulina z żywnością dla obrońców, powiedział do matki: “Może i ja będę godny, że mnie zabiją za wiarę”. Zginął przy świątyni 24 stycznia w godzinach popołudniowych.

Filip Kiryluk, lat 44, żonaty, pochodził z Zaczopek. Wnuk zaświadczył, że miał opinię troskliwego ojca, dobrego i pobożnego człowieka. Zachęcał innych do wytrwania przy świątyni i sam oddał życie za wiarę.

Ignacy Frańczuk, lat 50, pochodził z Derła. Był żonaty z Heleną. Miał siedmioro dzieci. Syn mówił, że ojciec starał się wychowywać dzieci w bojaźni Bożej. Wierność Bogu przedkładał nad wszystko. Idąc do Pratulina założył odświętne ubranie i ze wszystkimi się pożegnał, przeczuwając, że już nie wróci. Po śmierci Daniela podniósł krzyż i stanął na czele broniących świątyni.

Jan Andrzejuk, lat 26, pochodził z Derła. Był żonaty z Mariną, miał dwóch synów. Uważany był za człowieka bardzo dobrego i roztropnego. Pełnił funkcję kantora w parafii. Odchodząc do Pratulina żegnał się ze wszystkimi, jakby to miało być ostatnie pożegnanie. Ciężko ranny przy kościele, został przewieziony do domu, gdzie niebawem zasnął w Panu.

Maksym Gawryluk, lat 34, pochodził z Derła. Był żonaty z Dominiką. Cieszył się opinią dobrego i uczciwego człowieka. Ciężko ranny przy świątyni, umarł w domu dnia następnego.

Onufry Wasyluk, lat 21, pochodził z Zaczopek. Był praktykującym katolikiem, uczciwym i szanowanym w miejscowości człowiekiem.

Michał Wawryszuk, lat 21, pochodził z Derła. Pracował w majątku Pawła Pikuły w Derle. Cieszył się dobrą opinią. Ciężko ranny przy kościele, zmarł następnego dnia w domu.

Męczeństwo w Pratulinie nie było faktem odosobnionym. Szczególnie od stycznia 1874 roku każda parafia unicka na Podlasiu pisała swoje męczeńskie dzieje. Car oficjalnie zlikwidował unicką diecezję chełmską w 1875 roku, a unitów zapisał wbrew ich woli do Kościoła prawosławnego. Wierni tego nie przyjęli i za swoją wierność Kościołowi katolickiemu płacili wielokrotnie śmiercią, zsyłkami na Sybir, więzieniem, karami. Pozostawionym bez pasterzy unitom z tajną posługą kapłańską śpieszyli księża katoliccy z Podlasia oraz misjonarze z Galicji i regionu poznańskiego. Mocna wiara unitów i solidarna pomoc Kościoła katolickiego pozwoliły przetrwać czas prześladowań i doczekać dekretu o wolności religijnej cara Mikołaja II z kwietnia 1905 roku. W tym właśnie roku większość unitów z Podlasia i lubelszczyzny przepisała się do parafii rzymskokatolickich, gdyż struktury Kościoła unickiego jeszcze wtedy nie istniały.
Ponieważ o męczeństwie unitów z Pratulina zachowało się najwięcej dokumentów, biskup podlaski Henryk Przeździecki wybrał ich jako kandydatów na ołtarze i przedstawicieli wszystkich męczenników, którzy na Podlasiu oddawali życie za wiarę i jedność Kościoła.
Unici z Pratulina i innych parafii zostali od samego początku uznani za męczenników przez swoje rodziny, przez parafian, przez lud na Podlasiu, a także przez Kościół powszechny. Hołd dla męczeńskiej śmierci unitów złożyli papieże Pius IX, Leon XIII i Pius XII. Ich ofiara pomogła mieszkańcom Podlasia zachować wiarę i tożsamość narodową w ciężkich czasach panowania ateistycznego komunizmu.
Błogosławiony Wincenty Lewoniuk i 12 Towarzyszy byli mężczyznami w wieku od 19 do 50 lat. Z zeznań świadków i dokumentów historycznych wynika, że byli ludźmi dojrzałej wiary. Masakra przy kościele zapewne trwałaby dłużej, gdyby nie wypadek postrzelenia żołnierza przez innego kozaka. Przerwano więc ogień i żołnierze bez przeszkód dotarli do drzwi cerkwi, które otworzyli siekierą. Do świątyni wprowadzono rządowego proboszcza. Rozproszony lud zbierał swoich rannych, których było około 180 osób. Ciała zabitych leżały na cmentarzu kościelnym przez całą dobę. Potem pogrzebano je bezładnie, wrzucając do wspólnej mogiły, którą zrównano z ziemią, aby nie pozostawić żadnego śladu po pochówku. Miejscowi ludzie jednak dobrze zapamiętali to miejsce. Zostali pogrzebani przez wojsko rosyjskie bez szacunku i bez udziału najbliższej rodziny. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku grób męczenników został należycie upamiętniony. 18 maja 1990 roku szczątki Męczenników zostały przewiezione z grobu do świątyni parafialnej.
Obrona świątyni otoczonej uzbrojonym wojskiem nie była skutkiem chwilowego przypływu gorliwości, ale konsekwencją głębokiej wiary mieszkańców Pratulina. Męczennicy uniccy pod wieloma względami są podobni do męczenników z pierwszych wieków chrześcijaństwa, kiedy to prości wierni ginęli za odważne wyznawanie wiary w Chrystusa.
Do grona błogosławionych męczennicy pratulińscy zostali wprowadzeni przez św. Jana Pawła II w dniu 6 października 1996 roku, w rocznicę 400-lecia zawarcia Unii Brzeskiej.

Itinerarium