TYSIĄCE CODZIENNYCH RADOŚCI

Czwartek 27 września 2018 Są tysiące codziennych radości, które w rutynie życia pomijamy i pogrążamy się w narzekaniu. Ktoś rano pyta jak się czujemy, dobra radość, ktoś inny zadba o drobiazg, poda słodkiego cukierka na podwyższenie nastroju, wielka sprawa! Na przystanku uważny kierowca zaczeka na zdyszanego pasażera,  a jeszcze ktoś inny opowie inteligentny dowcip, jacy dobrzy ludzie są przy nas.

Ponieważ nie jeździcie za miasto, nie wiecie, że teraz radują się bardzo jelenie na rykowiskach, mają właśnie gody, zaraz po nich ruszą do dzieła na bukowiskach łosie. I jedne i drugie wyryczą swoje szczęścia, radosne i upojne.

Są tysiące codziennych radości, bo jest Pan Bóg, dawca życia, tego i przyszłego. Bo są bardzo dobrzy ludzie blisko nas. To przecież trzeba się naprawdę bardzo cieszyć!

  1. Zdjęcia autora.
Itinerarium

MIŁOŚĆ! WCHODZĘ W TO!

Środa 26 września 2018 Ewangelia zawiera piękne opisy nawiązywania relacji między Panem Bogiem a ludźmi, pomiędzy ludźmi nawzajem, pomiędzy Chrystusem a tymi, którzy za Nim poszli. Jednocześnie te opisy są oszczędne, nawet niekiedy celowo obfitują w niedopowiedzenia, tak, abyśmy mogli się domyślić, coś oczywistego odkryć sami (na tym polega mądra pedagogia).

Mistrzem jest św. Łukasz, który pozostawił nam genialny opis Zwiastowania Marii przez anioła. Jest tu wszystko – szalona propozycja dla nastolatki, Jej wahanie (stosowne do wieku), zawrotna wizja uczestniczenia w wielkim dziele i wreszcie entuzjastyczne „Wchodzę w to!” A zaraz potem ewangelista serwuje nam scenę dwóch kobiet, Marii i Elżbiety, rozszczebiotanych, wiadomo dlaczego i pełen wzniosłości hymn, Magnificat.

Podobny klimat, totalnie odbiegający od ludzkich wyobrażeń, ma historia Syna Marnotrawnego, są tu nieoczekiwane zwroty akcji, z jednej strony głupota i bezmyślność (syna), z drugiej wspaniałomyślność i wielkoduszność (ojca).

Dodam tylko powołanie Mateusza, który bardzo intratną posadę celnika zamienia w jednej chwili – „Zostawił wszystko, wstał i poszedł za Nim” – na lichą materialnie i społecznie rolę apostoła (zakończoną zresztą męczeństwem).

Czego nie mówi wprost św. Łukasz? Czego nie mówi, a co ja – może wbrew zasadom dobrej pedagogii – powiem? Wszystkie te historie mówią o miłości. Maria pokochana przez Pana Boga odwzajemnia się Mu miłością, Ojciec marnotrawnego Syna aż płonie miłością do głupiego młodzieniaszka, poniża się w tej miłości i wcale tego nie żałuje, Mateusz pokochany przez Jezusa rzuca te swoje denary i bogactwa i jak umie odwzajemnia miłość. Ewangelia nie mówi wprost o miłości, ale ją ukazuje.

Na samym końcu – pamiętacie scenę rozmowy Piotra z Jezusem, z trzykrotnym pytaniem o miłość? – Jezus wreszcie wrzuca frazę o kochaniu, tak aby, zwykle mało pojętny Piotr, miał jasność, że w miłości jest cały sens ludzkiej drogi.

A jeszcze bardziej na końcu Pisma Świętego, w liście św. Jana Apostoła, znajdziemy dopełnienie – Kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości. W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. (1 J 4,18). Jasne, w miłości jest ryzyko, ryzykowała Maria, Mateusz i Ojciec marnotrawnego syna. Ponieważ jednak poszli za miłością nie doznawali lęku i strachu. Chociaż cierpieli, byli szczęśliwi, życie swoje wygrali.

Kończąc już, może jest tak, że ogrom nieszczęść, strapień i smutków naszej epoki wynika stąd, że wyrosło – i nadal rośnie – pokolenie ludzi, którzy boją się miłości, nie ufają jej, porzucają ją, zdając się tylko na wynik bilansu zysków i strat?

I żartem na sam koniec – dobrze, że Pan Bóg zaryzykował miłość 2 000 lat temu. Dzisiaj mógłby usłyszeć – „Za ile, dobry Boże?”

Itinerarium

KOCHAM TĘ POLSKĘ KTÓRA HARUJE

Wtorek 25 września 2018 Im bliżej jubileuszu stulecia polskiej niepodległości i jednocześnie pierwszych (z długiej serii) wyborów, tych samorządowych, tym więcej Polski. Polski przegadanej. „Polska” nie schodzi z ust kandydatów, a także już urzędujących premierów, prezydentów, posłów i wszystkich innych bardzo ważnych osób. I aż mi się przypomina fragment z „To już jest koniec!”, Elektrycznych Gitar: „I tak się przykłada i mówi z ekranu, i bredzi latami wieczorem i ranooo…” (jak nie znacie, posłuchajcie).

Jednocześnie kocham tę Polskę, która wstaje rano, ostro haruje, wozi dzieci do szkoły, zasuwa na dwa etaty, gotuje obiady, sprząta po psach na spacerze; Polskę, która tłoczy się w trolejbusach (np. w Lublinie)  i cierpliwie czeka na zmianę świateł, bo system „zielonej fali” nie działa od wielu lat.

I ta właśnie Polska płaci podatki na głupie gadające głowy, paplające o Polsce na wszystkie sposoby.

Z szacunkiem patrzę na Polskę, która pracuje i haruje, która płaci podatki i ledwo domyka budżet rodzinny na koniec miesiąca. To Polska prawdziwa, ukochana. A ta z plakatów i telewizji, to marny kabaret. Za nasze pieniądze.

 

Itinerarium

POZNAĆ PANA BOGA

Poniedziałek 24 września 2018 W mojej Biblii mam wiele zdań i fragmentów podkreślonych jako szczególnie ważnych i wartych rozmyślania. Wśród nich jest krótkie zdanie z listu św. Jana Apostoła – Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością (1 J 4,8).

Nie znalazłem lepszej podpowiedzi jak szukać i poznać Pana Boga. Foto – św. Jan Apostoł.

Itinerarium

CO LEPSZEGO NAD SŁUŻBĘ

Kazanie na XXV Niedzielę Zwykłą 23.09.2018

(z Archiwum Itinerarium 20.09.2015)

Są takie wersety z Ewangelii, które chętnie i natychmiast stosujemy w życiu. Na przykład wezwanie Pana Jezusa: „Idźcie i odpocznijcie nieco”.

I są takie, które będziemy realizować od jutra, jak ten z dzisiejszej Ewangelii: „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich”. Od jutra, z nadzieją, że to jutro nie będzie jeszcze jutro.

Ponieważ jednak Ewangelia mówi prawdę o naszym życiu, wcześniej czy później odkryjemy, że żyjemy po to, aby służyć ludziom i nic lepszego nie może nas spotkać.

Liturgia słowa:

Jezus i Jego uczniowie podróżowali przez Galileę, On jednak nie chciał, żeby kto wiedział o tym. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: „Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie”. Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać.

Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był w domu, zapytał ich: „O czym to rozmawialiście w drodze?” Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy.

On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich”.

Potem wziął dziecko; postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: „Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał”. (Mk 9, 30-37)

 

Itinerarium

TRZEBA TYLKO ZACZĄĆ

Sobota 22 września 2018 Boimy się wielkich rzeczy, dzieł, wolimy poczekać, żeby zaczął ktoś inny. W Lublinie urodziła się prawie 140 lat temu kobieta, która wyznawała prawdę, że „trzeba tylko zacząć”. Trzeba zacząć, resztę Pan Bóg da. Trochę tak jak przy rozmnożeniu chleba, kiedy apostołowie – zachęceni przez Pana Jezusa – zaczęli rozdawać chleb, okazało się, że wystarczyło go dla wielu tysięcy. Zaczęli a Pan Bóg dokończył.

Trzeba tylko zacząć – to była dewiza zapomnianej męczenniczki i mistyczki z Lublina (jedynej jak dotąd), Kazimiery Wołowskiej, dziś błogosławionej. Piszę o niej w najnowszym wydaniu „Niedzieli” na 23 września 2018 – http://niedziela.pl/artykul/139138/nd/Trzeba-tylko-zaczac

I życzę, abyście wreszcie zaczęli, te sprawy najważniejsze, na pewno wszystko się uda. Trzeba tylko zacząć.

Itinerarium

WSTAŁ I POSZEDŁ A MY SIEDZIMY I GDYBAMY

Słowo na wspomnienie św. Mateusza piątek 21 września 2018 Powołanie św. Mateusza urzeka mnie najbardziej w tym, że na wezwanie Chrystusa nie dyskutował, nie gdybał, nie wyliczał „za” i „przeciw”. Wstał i poszedł za Nim.

Gdzie my, a gdzie Mateusz?

Gdy Jezus wychodził z Kafarnaum, ujrzał człowieka siedzącego w komorze celnej, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną». On wstał i poszedł za Nim. 

Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. 

Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: «Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?» 

On, usłyszawszy to, rzekł: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary”. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników».

(Mt 9, 9 – 13)

Itinerarium

PERŁA DLA SZCZĘŚLIWYCH NA ZAWSZE

Czwartek 20 września 2018 My, Polacy, ale także inne narody, chcemy być wśród najlepszych, a upatrujemy ich na Zachodzie i w Ameryce. Dlatego jadamy w makdonaldach (choć jakość serwowanych tam potraw bywa bardziej niż obrzydliwa) i chodzimy w podziurawionych dżinsach – chociaż to kompletna wiocha, gorsza od pegeerowskiej (starsi tłumaczą młodszym ostatnie słowo).

To, co modne i powszechne z konieczności musi być płytkie, byle jakie, łatwe do skopiowania, bez jakiejkolwiek wyobraźni i polotu.

Mniejsza o stare kotlety i dziurawe gacie, gorzej jest z zachowaniami i myśleniem, czuciem i działaniem. Tu także wdarła się małostkowość, bylejakość i płycizna. Akceptujemy brzydotę (w imię rzekomego równouprawnienia gustów), dajemy przystęp kłamstwu (o ile można dzięki niemu skutecznie osiągać takie czy inne cele), chamstwo jest jedynie alternatywną wersją kultury i savoir vivru, pytania o sens życia równane są do opinii na temat kosmitów pod Opolem (Lubelskim).

Królestwo Boże Jezus przyrównuje do perły, znalezionej przez wytrwałego poszukiwacza. Perły od ponad 8 000 lat stanowią przedmiot zachwytu. Nie dlatego, żeby miały jakieś wyjątkowe właściwości lecznicze czy smakowe. Są bardzo rzadkie (z wyjątkiem tych hodowanych w akwariach), niezwykłe, oryginalne, niepowtarzalne, jedyne.

I każdy, kto pójdzie za głosem Pana Jezusa będzie taką perłą, zdobędzie pełnię życia, nawet więcej, wieczne życie.

Ilustracja – Dziewczyna ważąca perły, Jan Vermeer (1662).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Perły są jak wiadomo rzadkim towarem

Itinerarium

CO PONAD MIŁOŚĆ?

Środa 19 września 2018 Kto chodzi codziennie do kościoła – a znam takie i takich – usłyszy dziś hymn o miłości autorstwa św. Pawła. W czasie liturgii czyta się go raz na dwa lata, za rzadko. Zachęcam nie tylko do przeczytania tekstu, dobrze znanego, ale do jego wysłuchania. Jeśli macie przy sobie bliskie osoby, poproście, aby przeczytały wam go na głos, jest duża różnica między przeczytaniem, a usłyszeniem, zwłaszcza w przypadku tego tekstu. Kiedy słyszymy czyjeś wyznanie miłości, ma ono o wiele większą moc niźli to odczytane z papieru czy ekranu smartfonu (a już emotikon z serduszkiem to kompletna lipa, nie obrażając tego dostojnego drzewa).

Kiedy słyszymy hymn o miłości, poznajemy to, co Pan Bóg myśli o nas i co dla nas czyni. Jednocześnie słyszymy wezwanie do wcielenia w nasze miłości jej Bożego wymiaru, że nie zazdrości, nie unosi się pychą, nie szuka swego, że wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję i wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje.

Tak nas pokochał Bóg, tak bądźcie kochani i tak kochajcie.

Bracia:

Starajcie się o większe dary, a ja wam wskażę drogę jeszcze doskonalszą.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę, i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał – byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże.

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie. Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.

Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne.

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś ujrzymy twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany.

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jednak jest miłość.

(1 Kor 13,1 – 3)

Itinerarium

ŻYCIE NA DWÓCH PETARDACH

Kazanie na święto Stanisława Kostki Wtorek 18 września 2018 Wielu z nas przegrywa życie z powodu dość prostego, choć trudnego do wykrycia błędu w myśleniu. Pewnie prawie wszyscy, uznający się za wierzących, przyjmują, że będą żyć wiecznie, czyli w jakiejś tam odległej przyszłości. Racja, o ile przeżyjemy TO życie w miłości.

Błąd zaś polega na tym, że wielu z nas myśli, że TO życie (ziemskie) będzie trwało bez końca albo wystarczająco długo, żeby zrealizować przynajmniej kilka scenariuszy, na przykład świętego mnicha a potem jeszcze beztroskiego wagabundy albo dobrej żony a potem jeszcze powabnej modelki. Nic z tego.

Życie jest jedno. Ksiądz Jan Kaczkowski nazwał pełnię sensu „Życiem na pełnej petardzie”, czyli na całego, mocno, siarczyście i w wielkiej miłości. Tak przeżył lat prawie 40. Patron dzisiejszego dnia, św. Stanisław Kostka, zaledwie 18, ale też na pełnej petardzie, może nawet na dwóch. Tak żyjcie, niczego nie odkładając. Jedno jest życie. A po nim ciąg dalszy, o ile TO w miłości przeżyliśmy.

 

Stanisław urodził się 28 grudnia 1550 r. w Rostkowie na Mazowszu (obecnie powiat przasnyski). Był synem Jana, kasztelana zakroczymskiego, i Małgorzaty z Kryskich (z Drobina). Krewni rodziny zajmowali eksponowane stanowiska w ówczesnej Polsce. Miał trzech braci: Pawła (+ 1607), Wojciecha (+ 1576) i Mikołaja, oraz dwie siostry, z których znamy imię tylko jednej, Anny. Historia nie przekazała nam bliższych szczegółów z lat dziecięcych Stanisława. Wiemy tylko z akt procesu beatyfikacyjnego, że był bardzo wrażliwy. Dlatego ojciec w czasie przyjęć, na których niekiedy musiał bywać także Stanisław, nakazywał gościom umiar w żartach, gdyż inaczej chłopiec może omdleć.
Pierwsze nauki Stanisław pobierał w domu rodzinnym. W wieku 14 lat razem ze swoim bratem, Pawłem, został wysłany do szkół jezuickich w Wiedniu. Kostkowie przybyli do Wiednia w dzień po śmierci cesarza Ferdynanda, to znaczy 24 lipca 1564 r. Wiedeńska szkoła jezuitów cieszyła się wówczas zasłużoną sławą. Codziennie odprawiano Mszę świętą. Przynajmniej raz w miesiącu studenci przystępowali do sakramentu pokuty i do Komunii. Modlono się przed lekcjami i po nich. Na pierwszym roku wykładano gramatykę, na drugim „nauki wyzwolone”, na trzecim – retorykę.
Początkowo Stanisławowi nauka nie szła zbyt dobrze. Nie otrzymał bowiem dostatecznego przygotowania w Rostkowie. Pod koniec trzeciego roku studiów należał już jednak do najlepszych uczniów. Władał płynnie językiem łacińskim i niemieckim, rozumiał również język grecki. Zachowały się zeszyty Stanisława z błędami poprawianymi ręką nauczyciela. Pozostały również notatki dotyczące problemów religijnych, jakie poruszano, aby chłopców przygotować także pod tym względem i umocnić ich w wierze katolickiej. Wolny czas Stanisław spędzał na lekturze i modlitwie. Ponieważ w ciągu dnia nie mógł poświęcić kontemplacji wiele czasu, oddawał się jej w nocy. Zadawał sobie także pokuty i biczował się. Taki tryb życia nie mógł się podobać kolegom, wychowawcy i bratu. Uważali to za rzecz niemoralną, a Stanisława za „dziwaka”. Usiłowali go przekonywać złośliwymi przycinkami „jezuity” i „mnicha”, a potem nawet biciem i znęcaniem skierować na drogę „normalnego” postępowania. Stanisław usiłował im dogodzić, dlatego nawet brał lekcje tańca. Nie potrafił się jednak w tym odnaleźć.
W grudniu 1565 r. ciężko zachorował. Według własnej relacji, był pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Komunii świętej, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić kapłana katolickiego. Wówczas sama św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu Wiatyk. W tej samej chorobie zjawiła mu się Najświętsza Maryja Panna z Dzieciątkiem, które złożyła mu na ręce. Od Niej też doznał cudu uzdrowienia i usłyszał polecenie, aby wstąpił do Towarzystwa Jezusowego.

Jezuici jednak nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez zezwolenia rodziców, a na to Stanisław nie mógł liczyć. Zdobył się więc na heroiczny czyn: zorganizował ucieczkę, do której się starannie przygotował. Było to 10 sierpnia 1567 r. Legenda osnuła ucieczkę szeregiem niezwykłych wydarzeń. O jej prawdziwym przebiegu dowiadujemy się z listu samego Stanisława. Za poradą swojego spowiednika, o. Franciszka Antonio, który był wtajemniczony w jego plany, Stanisław udał się nie wprost do Rzymu, gdzie byłby łatwo pochwycony w drodze, ale do Augsburga, gdzie przebywał św. Piotr Kanizjusz, przełożony prowincji niemieckiej. Spowiednik Stanisława stwierdza, że w drodze otrzymał on również łaskę Komunii świętej z rąk anioła, kiedy wstąpił do protestanckiego kościoła w przekonaniu, że jest to kościół katolicki. W Augsburgu nie zastał Piotra Kanizjusza, dlatego podążył dalej do Dylingi. Trasa z Wiednia do Dylingi wynosi około 650 km. W Dylindze jezuici mieli swoje kolegium. Tam Stanisław został przyjęty na próbę.
Wyznaczono mu zajęcia służby u konwiktorów: sprzątanie ich pokoi i pomaganie w kuchni. Stanisław boleśnie przecierpiał tę decyzję. Ufając jednak Bogu, starał się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. Po powrocie do Dylingi św. Piotr Kanizjusz bał się przyjąć Stanisława do swojej prowincji w obawie przed gniewem rodziców i ich zemstą na jezuitach w Wiedniu. Mając jednak od miejscowych przełożonych bardzo dobre rekomendacje, skierował go wraz z dwoma młodymi zakonnikami do Rzymu z listem polecającym do generała. Droga była długa i uciążliwa. Stanisław z towarzyszami odbywał ją przeważnie pieszo. Dotarli tam 28 października 1567 r.

Stanisław został przyjęty do nowicjatu, który znajdował się przy kościele św. Andrzeja. Było z nim wtedy około 40 nowicjuszów, w tym czterech Polaków. Rozkład zajęć nowicjatu był prosty: modlitwy, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i kościelnego. Stanisław rozpoczął nowicjat pełen szczęścia, że nareszcie spełniły się jego marzenia. Ojciec jednak postanowił za wszelką cenę go stamtąd wydostać. Wykorzystał w tym celu wszystkie możliwości. Do Stanisława wysłał list, pełen wymówek i gróźb. Za poradą przełożonych Stanisław odpisał ojcu, że ten powinien raczej dziękować Bogu, że wybrał jego syna na swoją służbę. W lutym 1568 r. Stanisław przeniósł się z kolegium jezuitów, gdzie mieszkał przełożony generalny zakonu, do domu św. Andrzeja na Kwirynale, w którym pozostał do śmierci.
Swoim wzorowym życiem, duchową dojrzałością i rozmodleniem budował całe otoczenie. W pierwszych miesiącach 1568 r. Stanisław złożył śluby zakonne. Miał wtedy zaledwie 18 lat. W prostocie serca w uroczystość św. Wawrzyńca (10 sierpnia) napisał list do Matki Bożej i schował go na swojej piersi. Przyjmując tego dnia Komunię świętą, prosił św. Wawrzyńca, aby uprosił mu u Boga łaskę śmierci w święto Wniebowzięcia. Prośba została wysłuchana. Wieczorem tego samego dnia poczuł się bardzo źle. 13 sierpnia gorączka nagle wzrosła. Przeniesiono go do infirmerii. 14 sierpnia męczyły Stanisława mdłości. Wystąpił zimny pot i dreszcze, z ust popłynęła krew. Była późna noc, kiedy zaopatrzono go na drogę do wieczności. Prosił, aby go położono na ziemi. Prośbę jego spełniono. Przepraszał wszystkich. Kiedy mu dano do ręki różaniec, ucałował go i wyszeptał: „To jest własność Najświętszej Matki”.
Zapytany, czy nie ma jakiegoś niepokoju, odparł, że nie, bo ma ufność w miłosierdziu Bożym i zgadza się najzupełniej z wolą Bożą. Nagle w pewnej chwili, jak zeznał naoczny świadek, kiedy Stanisław modlił się, twarz jego zajaśniała tajemniczym blaskiem. Kiedy ktoś zbliżył się do niego, by zapytać, czy czegoś nie potrzebuje, odparł, że widzi Matkę Bożą z orszakiem świętych dziewic, które po niego przychodzą. Po północy 15 sierpnia 1568 r. przeszedł do wieczności. Kiedy podano mu obrazek Matki Bożej, a on nie zareagował na to uśmiechem, przekonano się, że cieszy się już oglądaniem Najświętszej Maryi Panny w niebie.

Jego kult zrodził się natychmiast i spontanicznie. Wieść o śmierci świętego Polaka rozeszła się szybko po Rzymie. Starsi ojcowie przychodzili do ciała i całowali je ze czcią. Wbrew zwyczajowi zakonu ustrojono je kwiatami. Z polecenia św. Franciszka Borgiasza, generała zakonu, ciało Stanisława złożono do drewnianej trumny, co również w owych czasach było wyjątkiem. Także na polecenie generała magister nowicjatu napisał o Stanisławie krótkie wspomnienie, które rozesłano po wszystkich domach Towarzystwa Jezusowego. Ojciec Warszewicki ułożył dłuższą biografię Stanisława. W dwa lata po śmierci współbracia udali się do przełożonego domu nowicjatu, aby pozwolił im zabrać ze sobą relikwię głowy Stanisława. Kiedy otwarto grób, znaleziono ciało nienaruszone.
Proces kanoniczny trwał jednak długo. W latach 1602-1604 Klemens VII zezwolił na kult. 18 lutego 1605 r. Paweł V zezwolił na wniesienie obrazu Stanisława do kościoła św. Andrzeja w Rzymie oraz na zawieszenie przed nim lampy i wotów; w 1606 r. ten sam papież uroczyście zatwierdził tytuł błogosławionego. Uroczystości beatyfikacyjne odbyły się najpierw w Rzymie w domu św. Andrzeja, a potem w Polsce. Był to pierwszy błogosławiony Towarzystwa Jezusowego. Klemens X zezwolił zakonowi jezuitów w roku 1670 na odprawianie Mszy świętej i brewiarza o Stanisławie w dniu 13 listopada. W roku 1674 tenże papież ogłosił bł. Stanisława jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litwy. Dekret kanonizacyjny wydał Klemens XI w 1714 r. Jednak z powodu śmierci papieża obrzędu uroczystej kanonizacji dokonał dopiero Benedykt XIV 31 grudnia 1726 r. Wraz z naszym Rodakiem chwały świętych dostąpił tego dnia również św. Alojzy Gonzaga (+ 1591). Jan XXIII uznał św. Stanisława szczególnym patronem młodzieży polskiej.
Relikwie Świętego spoczywają w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Św. Stanisław Kostka jest patronem Polski (od 1671 r.) i Litwy, archidiecezji łódzkiej i warszawskiej oraz diecezji płockiej, a także Gniezna, Lublina, Lwowa, Poznania i Warszawy; oręduje także za studentami i nowicjuszami jezuickimi, a także za polską młodzieżą.

Św. Stanisławowi Kostce przypisuje się zwycięstwo Polski odniesione nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W tym dniu o. Oborski, jezuita, widział św. Stanisława na obłokach, jak błagał Matkę Bożą o pomoc. Król Jan Kazimierz przypisywał orędownictwu Świętego zwycięstwo odniesione pod Beresteczkiem (1651).

Itinerarium