6 czerwca 2006
Z cyklu prób odpowiedzi na pytanie jak żyć: nie nudzić. Znaczy się nie opowiadać, że deszcz leje albo praży słońce, bo wszyscy to widzą i czują. Nie opowiadać co się w TV widziało, bo inni też to widzieli, a ci co nie widzieli widzieć nie chcieli i pewnie też słyszeć nie chcą.
Nie mówić nudnych kazań (kto nie słyszał choćby raz nudnego kazania?). Kto mówi nudne kazanie na pewno nie o Panu Bogu mówi, bo On akurat jest Osobą Arcyciekawą.
Nie nudzić, znaczy nie gadać bez końca że ciśnienie niskie i że pod żebrami coś uwiera (jak przestanie natychmiast się pochwalić!).
Jest taki sposób widzenia świata, rzeczy i ludzi, że się widzi i słyszy to, co puste, bylejakie, nudne i beznamiętne. W takiej perspektywie rodzi się także chęć komunikowania całemu światu, że jest be. Słyszeliście kiedyś nieudolną skrzypaczkę jak rzempoli jakiś klasyk? Ból uszu, życie obrzydzone do cna, posmak przedsionka piekła. O tym właśnie mówię, gdy ktoś nudzi.
To wielka sztuka nie nudzić, nie biadolić i nie rzempolić. Jak nie nudzisz, Bogu radośniej, ludziom lżej a i ty jakiś piękniejszy.

