WYPRAWA NA SZELF

Pewnie większość z nas wie, co to jest szelf. Taka podwodna półka skalna, będąca przedłużeniem lądu, ale zatopiona już wodą. Na przykład Bałtyk jest prawie cały szelfowy, o ile pamiętam. Widocznie kiedyś był lądem, tylko jakieś wody go pokryły. Szelf to taki ląd, którego nie widać. Ale jest.

W każdym z nas jest taki szelf, dziedzina, przestrzeń, sfera, jakoś niewidoczna, ale realna. Taka, której unikamy, która, z jakichś powodów jest zakryta, ale jest. Czasem jest to sfera jakiegoś grzechu, z którym nie możemy sobie poradzić. Niekiedy grzechu poważnego, niekiedy wyimaginowanego albo przejaskrawionego. Nasze osobiste kwalifikacje grzechów często odbiegają od prymatów ewangelicznych. Przykładem jest choćby kwalifikacja grzechów „nieczystych”, które często zdają się nam być najgorszymi, choć dekalog umieszcza je dopiero na szóstej pozycji („Nie cudzołóż.”). Spokojnie zaś podchodzimy choćby do lekceważenia trzeciego przykazania, które wzywa do świętowania dnia świętego czy zaniedbujemy rodziców, mimo dezyderaty w przykazaniu czwartym.

Szelfem jest niekiedy jakaś strefa wstydu, czegoś, co na samą myśl oblewa nas rumieńcem; często wstyd jest owocem kompleksu czy całej gromady kompleksów, począwszy od oklepanego już wyglądu, poprzez brak jakichś powszechnie oczekiwanych umiejętności (wiedzy), aż po życiowe niefarty (jakieś okazje wciąż cię mijają, inni je łapią, etc.).

Szelfem może być jakaś kraina przeszłości, wspomnień, nieraz bardzo bolesnych, nagromadzone nie załatwione sprawy, zwłaszcza te nie przebaczone i nie przeproszone.

Nie piszę tego, aby bawić się w psychoanalityka, który szermuje argumentami o sile podświadomości, argumentami dobrymi na każdą okazję. Piszę zaś z potrzeby podzielenia się ważnym doświadczeniem, być może znanym już wielu z was. Otóż, dopóki żyjemy, mamy dostęp do własnych szelfów, co więcej, nie tylko mamy dostęp, ale możemy z nich uczynić – i tu wspomogę się kolejną metaforą – część przyjaznego nam lądu. Te nasze szelfy to także my, każdy nasz szelf jest częścią naszego „ja”, częścią absolutnie niezbywalną. Udawanie, że ich nie ma nie rozwiązuje sprawy, bo są. Unikanie wejścia w nie naraża nas na szereg niekontrolowanych impulsów, jakie mogą z nich płynąć. Tymczasem mamy moc panowania nad przestrzeniami naszych szelfów, oswajania tych przestrzeni, czynienia z nich „dobrej, żyznej ziemi”, rodzącej dobre owoce dla nas samych i innych.

Pamiętaj także, że nie jesteś sam w wędrówce po krajobrazie własnych szelfów. W Psalmie 139 znajduję ważną wskazówkę:

Panie, przenikasz i znasz mnie,
Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję.
Z daleka przenikasz moje zamysły,
widzisz moje działanie i mój spoczynek
i wszystkie moje drogi są Ci znane.
Choć jeszcze nie ma słowa na języku:

Ty, Panie, już znasz je w całości.
Ty ogarniasz mnie zewsząd
i kładziesz na mnie swą rękę.

Tam, gdzie zdaje ci się, że jesteś tylko ty i twoje szelfy, dużo wcześniej przed tobą był już Bóg. Ponieważ On zjednoczył się z całym człowiekiem, nie pominął także naszych szelfów. Tak wynika z tajemnicy Wcielenia Boga, Słowa, które „ciałem się stało”

Ty bowiem utworzyłeś moje nerki,
Ty utkałeś mnie w łonie mej matki.
Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie,
godne podziwu są Twoje dzieła.
I dobrze znasz moją duszę,
nie tajna Ci moja istota,
kiedy w ukryciu powstawałem,
utkany w głębi ziemi
Oczy Twoje widziały me czyny
i wszystkie są spisane w Twej księdze;
dni określone zostały,
chociaż żaden z nich [jeszcze] nie nastał.

Pewność, że idziemy w krainę, która znana jest Bogu – lepiej nawet niż nam samym – dodaje odwagi i jest źródłem mocy. Pamiętaj, że nic z twoich szelfów nie jest mocniejsze od ciebie, ani twoje grzechy, ani kompleksy, ani wstyd, ani lęk, ani przeszłość. Spróbuj w nie wejść (przed tobą już wszedł w nie Bóg), dasz radę.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Comments are closed.