Leszek Kołakowski gości w kruchcie nader często, choć zapewne o tym nie wie i – być może – wcale sobie tego nie życzy. Ale na miłość i uwielbienie nie ma lekarstwa, a ja Leszka Kołakowskiego kocham i uwielbiam bezgranicznie, o czym wielokrotnie tu pisałem i czego dowody dawałem.
Gdybym wzorował się na niektórych klasykach felietonu, dodałbym w tym miejscu, że Leszka Kołakowskiego poznałem kiedyś osobiście, i to w Oksfordzie (się bywa, nie myślcie sobie), a potem spotkałem go jeszcze w Szczecinie, na bardzo prestiżowym Kongresie Filozofii Polskiej , gdzie Kołakowski miał, podobnie zresztą jak ja, wykład. Taki Kongres odbywa się raz na 4 lata, odczyty mają tylko najlepsi. Byle kto to może sobie posłuchać. W Szczecinie na pewno odczyt miało nie więcej niż 500 najwybitniejszych, a słuchaczy było co najmniej 50.
No i dodałbym, rzecz jasna tylko na marginesie, że w tym roku byłem na wakacjach w Grecji, choć tam akurat, co za pech, Kołakowskiego nie spotkałem. Za to byłem w miejscach, gdzie wykładał św. Paweł (mam fotki; o tym, że fotek z Kołakowskim w Oksfordzie zaniedbałem, to bym nie napisał). Niestety, św. Pawła dziwnym trafem nie spotkałem, ale co się odwlecze…
Ponieważ nie wzoruję się jednak na klasykach, nie będę pisał o pobocznościach i wracam do meritum. Meritum zaś, czyli to, co ważne, jest krótkie. Inaczej nie byłoby meritum. (Gdybym wzorował się na niektórych klasykach felietonu, napisałbym, że meritum, co oznacza z greckiego – tu zajrzałbym do Kopalińskiego, żeby nie dać plamy – … itd.)
No więc, do meritum: Tenże Kołakowski popełnił kiedyś książkę zatytułowaną „Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań”, którą gorąco polecam tym, którzy jej nie czytali (choć w Duchu takich chyba nie ma). Ja czytałem tę książkę w czasach, gdy byłem mocno antyklerykalny i w Kościele widziałem tylko zło. Zauważcie, proszę, jakie poczyniłem postępy: dziś, co najwyżej, i to bardzo delikatnie, wspomnę coś o RM, a i tak nie bardzo wiadomo, czy ganię, czy chwalę).
Teraz sam siebie podziwiam, że byłem w stanie kiedyś przeczytać Kołakowskiego: wydanie powielaczowe (wiecie, co to takiego?), czcionka wielkości ok. 5 (dziś nawet w okularach nic nie widzę, na stronie o wielkości kalendarza kieszonkowego 60 mikroskopijnych linijek….) – ale jak bum cyk cyk – przeczytałem, 334 strony! Oczywiście wiecie, że za posiadanie takich podziemnych wydawnictw można było być represjonowanym. SB-cy mogli zarekwirować egzemplarz i pouczyć obywatela, że nie powinien mieć nielegalnych wydawnictw. I dziś, w wolnej Polsce można by na tej podstawie słusznie czuć się bojownikiem o wolność i demokrację. Niestety, u mnie nigdy rewizji esbecy nie zrobili. Zresztą i tak by tej książki nie znaleźli. Malutka była, a poza tym chowałem ją głęboko, do kapcia pod łóżkiem.
No, ale ad rem: czytałem tego Kołakowskiego i nagle eureka, objawienie, rewelacja! Zrozumiałem – a dziś nawet jestem tego pewny – że na krańcu dziejów diabeł też będzie zbawiony. Inaczej chrześcijaństwo nie miałoby sensu.
I tak mi się jakoś wydaje, że ks. Hryniewicz myśli podobnie.
A kto myśli inaczej, ten może i jest wierny doktrynie, ale na pewno nie duchowi chrześcijaństwa.
Jan Pleszczyński
PS. Pytania ciekawskich uprzedzam i wyjaśniam: A i owszem, wypiłem buteleczkę wytrawnego czerwonego wina (Egri bikaver, bo dobre i tanie). In vino veritas. A i żona tę kruchtę przeczytała i puściła. Wprawdzie z komentarzem: wysyłaj i idź spać, ale jednak… Fajną mam żonę!

