Jestem smutny. Widziałem wielu ludzi, w Kłodnicy, Machowie, Wilkowie, Brzozowej i Szczekarkowie. I w innych wsiach na Powiślu, gdzie zwyciężyła powódź.
Jestem smutny, bo znałem i lubiłem przynajmniej kilku z tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem. Po Tomku do dziś płacze Magda, razem z trzema wspaniałymi córeczkami. Przejąłem się innym Tomkiem, który przez pył wulkaniczny miał spore kłopoty, aby dotrzeć na czas do swojej rodziny, a ta się bardzo niepokoiła. Ogromnie lubię delfiny (kiedyś nawet je widziałem całkiem blisko), które teraz – jak czytam – tracą orientację w Zatoce Meksykańskiej, wskutek awarii platformy wiertniczej i gigantycznego wycieku ropy.
Nie smucę się na Amen. W Szczekarkowie udało się odmulić trzy domy, w Kłodnicy następne dwa, w Wilkowie w sumie ze cztery. Nie smucę się na Amen, bo Tomek spod Smoleńska jest pewnie w niebie. Tomek, co przez pył niepokoił żonę i dwie córeczki, wszystko ponaprawiał. A delfiny w Zatoce już pojmują jak dryfować mimo ropy.
Smucę się, ale nie na Amen. Coraz lepiej rozumiem, co oznacza nadzieja.

