Czwartek 31 stycznia 2019

Ostatni dzień stycznia lubię przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszym jest wczesne przedwiośnie w naszej strefie geograficznej. Widać je po szybkim wzroście światła i ruchu w świecie ptaków, które nabrały wigoru i sejmikują ochoczo, mam na myśli bogatki, mazurki, sójki i kawki, najczęstszych bywalców miast.
Drugim jest rocznica. Sto cztery lata temu urodził się Tomasz Merton, autor „Siedmiopiętrowej Góry”, niezwykłej autobiografii, ważnej również dla mnie – polecam tę lekturę. I choćby jedna myśl Mertona – „Szczęście polega na dokładnym oznaczeniu, co w naszym życiu ma być tą jedyną rzeczą naprawdę potrzebną i na pogodnej rezygnacji z całej reszty”. W sedno trafione.
Merton nauczył mnie także przełamywania granic. Jest jakaś ściana między nami ludźmi, żyjącymi właśnie teraz i tu. Zwykle są nam obojętni i obcy. Może jednak czasem przydarzy się nam coś, co nagle spadło na Tomasza Mertona, 19 marca 1958 roku, kiedy jako mnich szedł ludnym deptakiem w Louisville (skrzyżowanie ulicy „Czwartej” i „Walnut”) – Ludzie! Ja was wszystkich kocham! Nikt z was nie jest mi obcy!
I to jeszcze:
Nagle uderzyło mi do głowy nieodparte przekonanie, że przecież kocham tych wszystkich ludzi, że oni są moi, a ja jestem ich, że nawet gdybyśmy byli kompletnie nieznajomi, to nie ma prawa istnieć obcość między nami. To było coś w rodzaju przebudzenia ze snu o odrębności, fałszywej autoizolacji.
A potem to było tak, jak bym nagle ujrzał tajemnicze piękno ich serc, te przepastne zakątki, dokąd ani grzech, ani żądza, ani samowiedza nie docierają, jądro ich rzeczywistego bytu – to, czym są jako osoby w oczach Pana Boga. Gdybyż oni mogli wszyscy zobaczyć siebie takimi, jakimi naprawdę są.

