Sobota 13 maja 2017 Solidarność umiera w Polsce coraz szybciej. Co prawda istnieje jeszcze związek zawodowy i peryferyjna partia z solidarnością w nazwie, a w ostatnich wyborach ponoć zmagały się ze sobą Polska solidarna i liberalna. To oczywiście kit wyborczy.
Od kilku miesięcy na sąsiedniej Białorusi uwięziono kilkaset osób demonstrujących przeciwko reżimowi Łukaszenki. Niespecjalnie ktokolwiek z naszych elit politycznych zająknął się w ich obronie. Przyczyna jest prosta, sprzedajemy ogromne ilości jabłek i innych owoców na Białoruś, tam są one metkowane miejscowymi naklejkami i posyłane dalej do Rosji. Embargo moskiewskie nie dopuszcza naszych jabłek na swój rynek, białoruskie owszem. Przy czym produkcja jabłek białoruskich (polskich w istocie) jest zawrotna, na poziomie kilkunastu ton z jednej jabłoni. Jak będziemy się domagać swobody słów u naszego sąsiada skoro on kupuje nasze jabłka niechciane w Rosji? Utracilibyśmy rynek zbytu. Ja to rozumiem, rozumiem ale się nie zgadzam.
Obecnie premier mojego kraju dopina w Chinach znakomite kontrakty dla polskich firm. Ani ona ani nikt z polskiej delegacji nie zająknie się o ciemiężeniu Tybetu z dziesiątkami tysięcy ofiar śmiertelnych czy eksterminacji Ujgurów, nie padnie żądanie ustania prześladowania katolików wiernych Watykanowi. Mogłoby to zablokować chińskie inwestycje nad Wisłą. Ja to rozumiem, ale się nie zgadzam.
Oczywiście jeżeli miernikiem wartości narodu i państwa jest wysokość PKB, nasze interesy z Białorusią i Chinami są w porządku. Zapomnijmy jednak wtedy o solidarności. Czy ma jakieś znaczenie krew zabijanych i torturowanych Tybetańczyków i Ujgurów albo karcery w których więzieni są białoruscy idealiści? Musimy dobrze sprzedać nasze jabłka, musimy ściągnąć jak najwięcej juanów nad Wisłę. By żyło nam się lepiej i dostatniej.

