Środa 8 lipca 2015
Opowiadał mi tę historię zaprzyjaźniony leśnik. I wcale nie było to dawno, dawno temu, choć akurat za lasami.
W nocy zachorowała nagle żona pana Henryka, traciła przytomność i gwałtownie wymiotowała. Trzeba było wezwać pogotowie, a telefon był tylko u sołtysa (jedyny we wsi – pamiętam jeszcze dobrze takie czasy). Od domu pana Henryka do telefonu było około 4 km bezpieczną drogą gruntową, ale na przełaj najwyżej kilometr. Na przełaj oznaczało jednak trasę przez grząskie bagna i to po nocy. Pan Henryk nigdy tamtędy nie szedł, krążyły opowieści o kilku śmiałkach, których na zawsze wciągnęła topiel.
Pomimo to pan Henryk bez wahania pobiegł na skróty. Pobiegł, bo w takich sytuacjach pośpiech jest i naturalny i konieczny. Wszystko skończyło się dobrze, małżonka została uratowana.
W kilka tygodni po tym zdarzeniu spróbował znowu przebyć trasę na przełaj, tym razem bez pośpiechu i za dnia. Powtórzył próbę kilkukrotnie i za każdym razem wpadał po kolana lub nawet po pas już po pięćdziesięciu metrach. Nigdy już nie znalazł ścieżki, którą przebiegł ratując żonę.
No właśnie, cała rzecz w tym, że jak się coś robi z miłości, to możliwe jest wszystko, a jak tak sobie albo na próbę, to wpada się po pas, po szyję albo i całkiem znika.
A wszystko to działo się nie więcej jak 80 km od Lublina.


44 responses to ALBO Z MIŁOŚCI ALBO PO SZYJĘ