Wtorek 12 sierpnia 2014
Młody pan Rafał w supermarkecie nie patrzy na klientów. Pyta czy chcę siateczkę oraz coś z promocji, czytnikiem szybko zlicza kody z cenami i czym prędzej chce wcisnąć paragon. Za każdym razem staram się wyrwać go z kieratu i zadaję kłopotliwe pytania. Na przykład ile dni mają ogórki małosolne albo czy śledzie są z Bałtyku czy też z Morza Północnego. Kasjer filozoficznie odpowiada, że to wiedzą chyba tylko w centrali.
Zaglądam często także do małego osiedlowego sklepiku, gdzie młoda dziewczyna (nie ma wypisanego imienia na tabliczce, jak pan Rafał) chętnie sprzedaje pół chleba i informuje, że czereśnie nie są z Chin, tylko „prawdziwe”, polskie.
Czasem wydaje mi się, że istotna różnica między panem Rafałem a dziewczyną ze sklepiku jest taka, że on pragnie aby klienci wreszcie sobie poszli, a ona, żeby ciągle przychodzili.
Kilka rewolucji w historii miało swoje podłoże w poczuciu alienacji, ludzie przestawali rozumieć co się z nimi dzieje, wykonywali niezrozumiałe zajęcia za grosze, podporządkowywali się narzuconym prawom i wierzyli, że nic się nie da zmienić.
Od czasu do czasu trafiał się jednak dziwak, szaleniec czy prorok, który ogłaszał, że ludzie są wolnymi istotami, godnymi szczęścia, wartymi kochania, a wszystko inne to niekonieczny dodatek. Tak się rozpoczynało chrześcijaństwo. I takiego ducha trzeba nam dzisiaj.


5 responses to ŚLEDZIE Z BAŁTYKU ALBO SKĄDINĄD