Prowadzący umarłych

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu można było spotkać w Chinach ludzi, którzy zwani byli prowadzący umarłych. Rzecz dotyczyła kwestii połowicznie związanych z życiem już na tamtym, drugim świecie. A prowadzący umarłych mieli jedynie wtedy zajęcie, kiedy ktoś umarł poza swoim domem, w stosunkowo dalekiej odległości od swojej prowincji. W takich okolicznościach potrzeba było sprowadzić zwłoki – tutaj praca dla prowadzących umarłych. Pracowali zawsze parami. Choć widać było jedynie jednego. Na ich temat powstało wiele legend, historii. Do końca nie wiadomo co jest prawdziwe i gdzie opowieść przeplata się z prawdą.

Jeden człowiek szedł z przodu trzymając w ręku biały lampion, który miał za zadanie oświetlać drogę zwłokom ukrytym pod długą, czarną peleryną, które maszerowały za lampionem. Bywało, że i kilkaset kilometrów, przyprawiając przypadkowo napotkanych ludzi o dreszcze. Rozsypywał także przed wolno kroczącymi zwłokami podrobione pieniądze kupione w specjalnym sklepie z artykułami żałobnymi. Pieniądze miały na celu wykupienie drogi do nieba dla owych zwłok. Zwyczaj przynoszenia podrobionych pieniędzy przetrwał do dziś dzień. W święto zmarłych na grobach można zobaczyć wiele falsyfikatów dla duchów i strażników nieba.
Oczywiście możemy się zastanawiać w jaki sposób zwłoki same chodziły, podążając za białymu światłem lampionu. Wielu ludzi, którzy widzieli prowadzących umarłych mówiło, że zwłoki ukryte pod czarną peleryną poruszały się wolnym, niezbyt zgrany ruchem, przypominającym zombie. Budziły straszy, ale uważano, że tam gdzie zatrzymały się na noc przynosiły szczęście. Zwykło się mówić, że “jeśli wejdzie w twoje progi bóg szczęścia, po nim odwiedzi cię dobry los.” (Bogiem szczęścia nazywano właśnie chodząc zwłoki ukryte pod peleryną, a prowadzący umarłych zatrzymywali się na nocleg gdyż wędrowali niejednokrotnie kilka tygodni). Opowieści o prowadzących umarłych pełne są magii i symboliki nie z tego świata, bo w końcu jak te zwłoki mogły chodzić samemu. Ówcześni wierzyli, że to człowiek z lampionem jest w mocy rozkazać zwłokami chodzić. A jak było na prawdę mówi Luo Tianwang, który wielokrotnie widział prowadzących umarłych, przechodzących przez jego wioskę. “Cały sekret polegał na tym, że pod peleryną ukrywają się dwa ciała: zmarły i żywy, który niesie zmarłego na plecach. W podróży ten, który niesie ciało, musi je trzymać obiema rekami, żeby nie spadło na ziemię. Ciało zmarłego sztywnieje i robi się ciężkie jak kamień. Trumnę dźwiga ośmiu meżczyzn, proszę sobie wyobrazić jakie to musi być trudne zadanie dla jednego człowieka, iść setki kilometrów pod czarną peleryną, że zwłokami na plecach. Ponieważ dźwigającemu trudno jest zginać kolana, jego ruchy są sztywne i niezgrabne. Biały lampion służy do tego aby oświetlać drogę temu, który niesie zwłoki.
Prowadzący umarłych zwykle jedzą jeden posiłek dziennie, a są w drodze dziesięć czy dwanaście godzin bez przerwy. Ponieważ pracują parami, zmieniają się i każdy niesie zwłoki co drugi dzień. Czasami podróż prowadzących umarłych może trwać i ponad miesiac. Z uwagi na tak długi czas niemożliwe jest wyruszanie w trasę latem, bo zwłoki rozłożyłyby się w upale. Nawet zimą prowadzący umarłych muszą wstrzykiwać w ciało rtęć i inne substancje przeciwdziałające rozkładowi.”

Dziś już najprawdopodobniej nie jest możliwe spotkać kogoś kto wykonuje taki zawód. W latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku podczas wprowadzania reform przez przewodniczącego Mao, zrywano z tradycją, lokalnymi wierzeniami, gusłami. Jeśli kogoś przyłapano na wykonywaniu pracy prowadzącego umarłych, był aresztowany lub bezpośrednio zabijany. Umierał jako kontrrewolucjonista, który wystąpił przeciw ideom Mao.

Po więcej historii i wywiadów o nie Tak odległych Chinach, bo z początku dwudziestego wieku odsyłam do książki “Prowadzący umarłych” Liao Yiwu. Polecam. Dodatkowo autor, który musiał uciekać z Chin prześladowany za swoje poglądy, będzie gościł w Polsce 1 września na autorskim spotkaniu w Warszawie. Zapraszam.

Pozdrawiam,
jakub.

Pekińskie zapiski , , , , , , , , , ,

Comments are closed.