Trzy drobne w gruncie rzeczy sprawy, każda z innej parafii, trochę mnie ostatnio zaskoczyły i zdziwiły. I mimo że drobne, dały co nieco do myślenia.
Pierwsze zdziwienie: studentka napisała, że Tunezja jest w Azji. Myślałem, że się pomyliła, ale nie. „Przecież ja to mogę bez problemu, natychmiast sprawdzić” – wyjaśniła swoją niewiedzę. Najpierw opadły mi ręce, ale potem pomyślałem, że ma sporo racji. Co z tego, że nie umie umiejscowić Tunezji, skoro w ciągu kilku minut może się dowiedzieć. Umie za to mnóstwo rzeczy, których ja nie potrafię albo z którymi mam kolosalne kłopoty. Na przykład godzinę zajęło mi, ponoć banalne, uaktualnienie programu antywirusowego „avast!”. Nie mam zielonego pojęcia o grafice komputerowej. Nie umiem kupić biletu na samolot przez internet, ani zarezerwować hotelu w obcym mieście. Płacę gotówką, a nie kartą. Mam poważne kłopoty z wypełnieniem jakiegokolwiek formularza urzędowego. PIT-y wypełnia za mnie biuro rachunkowe, bo choć korzystam z programu, zawsze coś źle zaznaczę. Nie potrafię zaprogramować telewizora. Nie rozumiem umów, które podpisuję. Nie gubię się w górach, ale gubię się w Plazie. Mógłbym przykłady mnożyć, ale nie chcę się do końca kompromitować. Więc z tą wiedzą czy niewiedzą sprawa wcale nie jest taka oczywista.
Drugie zdziwienie: Przypadkowo dowiedziałem się, że jedna z moich koleżanek wystąpiła z Kościoła katolickiego. Fajna, wykształcona, 30-letnia dziewczyna. Nigdy o to bym jej nie podejrzewał, bo ani aktywistka, ani nawiedzona, ani specjalnie ideowa, ani nie siląca się na oryginalność. I przy okazji dowiedziałem się, że jeszcze dwoje znajomych o tym myśli. Też najnormalniejsi ludzie, których znam od dawna, ale nigdy nie podejrzewałem, że mogą mieć tego typu problemy. A jednak. Okazuje się, że chodzi im o statystykę. Mają dość, gdy dla celów politycznych szermuje się argumentami, że Polska jest krajem w 90 albo i więcej procentach katolickim i dlatego prawo powinno być zgodne z nauką Kościoła (katolickiego, rzecz jasna). Przyznam, że trochę mi zaimponowali. Że im się chce. Myślę, że niebawem takie zwyczajne, ciche, niedemonstracyjne wypisywania się ze wspólnoty mogą stać się prawdziwym problemem. Ale na razie chyba nikt się tym nie przejmuje.
Tak jak kiedyś nikt się specjalnie nie przejmował podziałem polskiego Kościoła. Może nie nikt, ale na pewno nie hierarchia. Przez lata go bagatelizowała, udawała, że to wielość w jedności. I z tym się wiąże moje trzecie zdziwienie. Bo dziś już prawie nikt nie kwestionuje, że Kościół jest bardzo podzielony. Ale mało kto dostrzega, że sprawy zaszły już znacznie dalej. „Gdy się słucha w Polsce dyskusji katolików, wydaje się, że reprezentują różne religie” – napisał Tadeusz Sobolewski w recenzji filmu „Ludzie Boga”. Warto pochylić się nad tym zdaniem, łatwym do przeoczenia, wciśniętym pomiędzy inne, dotyczące filmu. Bo niebawem możemy nieprzyjemnie się zdziwić. Ale mleko już będzie rozlane, jak zwykle.
Strasznie długa dziś mi wyszła ta kruchta, więc wypada się wytłumaczyć. Kruchta jest potrójna: za zeszły tydzień, a kto wie, być może awansem na następny. Nie mogę bowiem przewidzieć, czy domowa cenzura znowu nie zadziała. Poprzednią napisałem w czterech wersjach, męczyłem się ze dwie godziny, ale wszystkie trafiły do folderu „Kruchty niewysłane”. Dzięki żonie ten folder jest coraz grubszy. Gdyby mogła, to najchętniej by go wykasowała. Na szczęście w komputerach jest jeszcze mniej biegła ode mnie. Ale wie, gdzie jest Tunezja.
Jan Pleszczyński

