Wierzę, nie wierzę, odpowiedź wydaje się bardzo prosta. A jest niezwykle trudna w rzeczywistości.
Odnoszę wrażenie, jakby coraz częściej nasza wiara zacieśniała się do rzeczy możliwych. Przez co, oczywiście przestaje być już wiarą, a staje się zbiorem dość oczywistych przekonań.
Spotykam ludzi coraz mniej pewnych wszystkiego, a co za tym idzie także Boga, wieczności i zbawienia. Tak, jakby w wierze pojawiła się przestrzeń mgły, przez którą niczego nie widać wyraźnie, tym bardziej spraw ostatecznych. Mniej wierzymy ludziom (w imię ostrożności?), mniej wierzymy w przyszłość (zbyt dużo czynników do ogarnięcia), mniej wierzymy nawet w siebie samych (nie mogąc pewnie wpierw siebie zrozumieć). Zdecydowanie mniej wierzymy we wszystko, co jest treścią naszego życia. Jeszcze wierzymy, choć mniej, mgliściej i z dużym marginesem odwoływalności. Prawda to wszystko?
Ponieważ mniej wierzymy, mniej też możemy czynić rzeczy sensownych. Dobrą jakość kilku rzeczy sensownych i ważnych zastępujemy mnogością rzeczy pstrych, błahych i pustych. Możliwości tworzenia, zwłaszcza w sferach „niemożliwych” ustępują miejsca swoistej życiowej zabawie w „lego” (pamiętacie te klocki?). Prawda to wszystko?
A dalej co? Pozostańmy przy tych kilku uwagach, szukając co dalej. Jeżeli wiara zatli się jedynie maleńkim żarem, pochłonie nas dym, zakrztuszający dym, z niewielkim poletkiem sensu. Jeżeli zagaśnie całkiem, po co jeszcze żyć?
Dobrze jest, przypominam, zrobić sobie listę rzeczy niemożliwych, tak jak je dziś widzimy. To pomoże nam ujrzeć rozległe zagony naszej niewiary, bądź wiary słabnącej.
Dobrze jest także spojrzeć na siebie i odpowiedzieć na pytanie dlaczego, w pierwszym rzędzie, słabnie wiara w nas samych. Bo tu chyba jest źródło mgły niewiary w ludzi, w przyszłość i ostatecznie w Boga także.
Prawda o mgle, na szczęście, jest taka, że rozwiewa ją silny wiatr i wchłania gorąco słońca. To prawda!

