Dnia ubywa, słoneczko jakby chłodniejsze a coraz więcej takich, którzy twierdzą, że życie jest brzydkie i do niczego.
Skłonność do markotnienia wraz z jesienią jest ponoć zrozumiała, a maleje dopiero przy pierwszych śniegach. Jeśli powiem, że to nieprawda, iż życie jest do niczego, to jeszcze niewiele znaczy. Nawet jak będę dowodził, że pod względem kolorów wrzesień, październik i listopad, nie ustępują swoim letnim braciom, to też mało. Mogę dodać, że w nadchodzącym czasie zaczną się gigantyczne zlotowiska żurawi, a jelenie ogłoszą rykowiska, i mogę wspomnieć tysiąc innych cudownych rzeczy dziejących się na niebie i ziemi. Prawdopodobnie nie ma takich argumentów, które mogłyby kogokolwiek przekonać do tego, że życie jest piękne.
I prawdopodobnie narzekanie na życie zaczyna się od tego, że ktoś nie do końca lubi siebie. A zachwyt życiem – jesienny, zimowy, wiosenny i letni – rodzi się z polubienia siebie. Dla kogoś, toczącego wojnę z samym sobą, żadną radością nie będą kolczaste kasztany w październiku, zaloty kruków pod koniec grudnia, marcowe zajączki z pierwszego miotu czy perseidy w sierpniu na niebie.
To jest tak, że najpierw musimy polubić to życie, które nosi nasze imię. A jak się to nasze życie polubi, swoje istnienie pokocha, wtedy każdy człowiek jest radością, także najlichszy kwiatek, gwiazdozbiory i komety. Jak siebie się lubi, swoje oczy, usta, nos, nogi a także głos, chód i bieg, oraz swoje nastroje, psychiczne zgryzy, nerwowe tiki, piękny i cudowny jest każdy człowiek. Fantastyczne i zapierające dech jest życie codziennie i w każdym wymiarze.
A lubiąc siebie, chwałę Panu Bogu oddajesz, bo wszak to On cię stworzył. I chyba na taki psalm radosny, z twoim imieniem w refrenie, Pan Bóg najbardziej czeka.

