NARKOTYKI SĄ ZŁEM (2)

Ostatnio bardzo dobre lato mieliśmy siedem lat temu. Ostatnie dobre polskie lato.

Wtedy na cztery dni (16-19 sierpnia 2002 r.) wpadł do nas po raz ostatni Jan Paweł II. Wcześniej także wpadał do Ojczyzny, najczęściej na progu lata, w czerwcu. Nawet jak wydawało się nam, że zbytnio pouczał, za wiele wymagał, to mieliśmy kogoś sprzyjającego nam, rozumiejącego. Kogoś, kto jakoś wskazywał ważne drogi. Może nie szliśmy nimi ochoczo, ale wiedzieliśmy, że ktoś nam je podpowiada, wyznacza, zachęca, prowadzi. I że jest ktoś, kto nas od czasu do czasu upomni.

Po odejściu Jana Pawła II różne złe rzeczy wtargnęły pod naszą strzechę, jeśli już jakoś ciepło mówić o Polsce. Pierwsze bez papieża wybory w 2005 roku skończyły się zażartą jatką PiS i PO, obydwu formacji odwołujących się (niestety) do dziedzictwa Jana Pawła II. Skutki tamtej walki trwają do dziś i owocują pęknięciem tkanki narodowej. Wzmogła się fala lustracji, w której zasadniczo można zniszczyć każdego, kto żył w miarę dorosłym życiem przed 1989 r. Nie przypominam sobie, żeby wskutek lustracji został osądzony ktokolwiek, kto tworzył przed 1989 r. aparat represji (Służba Bezpieczeństwa, organy Milicji Obywatelskiej, Ochotnicze Rezerwy tejże Milicji, czy przywódcy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). Lustracja przypomina trochę spuszczonego z łańcucha wściekłego psa, który gryzie kogo popadnie, dobrych i złych, a ponieważ źli zawsze radzą sobie lepiej, najczęściej oni są bezpieczni.

Język debaty publicznej przypomina wzajemne oblewanie się pomyjami, choć to oszczędne chyba wyrażenie. Pomyje – przypomnę – to woda, jaka pozostawała po umyciu naczyń, garnków, po wypraniu ubrań. Dziś, jak ktoś zauważył, plujemy i rzygamy na siebie nawzajem (przepraszam, jeśli ktoś czyta przy śniadaniu). Niestety, ten niski poziom debaty dominuje także w mediach, trudno dziś odróżnić brukowca od poważnej opiniotwórczej gazety (radia, telewizji).

Media zresztą przestały zasadniczo zajmować się rzeczywistością i prawdą, a także informacją. Zarabiają pieniądze i w imię tej misji kłamią, przekręcają fakty, dopuszczają się prowokacji i skandalu. Nieważne co piszemy, jak mówimy, ważne są słupki (czytelnictwa, słuchalności, oglądalności), które przekładają się na reklamy i idące za nimi pieniądze. Wciąż nie mogę zrozumieć, jak ktoś szastający określeniem „zajebisty”, może znaleźć miejsce w telewizji i promowany jest jako gwiazda.

Zaraz po odejściu Jana Pawła II w polskim Kościele pojawiła się tzw. sprawa Betanek, zbuntowanych zakonnic. Co rusz rozlegały się echa skandali i afer, obyczajowych, agenturalnych i dyscyplinarnych. Rzym jakby dalej od nas niż wcześniej i co raz bardziej nie nasz.

Nie będę mnożył już przykładów różnorakiego zła, jakie przyniosły nam lata po 2 kwietnia 2005. Oczywiście mógłbym wymienić kilka naprawdę fantastycznych zdarzeń, jakie również rozegrały się w tym czasie. Nie uważam zresztą, że przed wszystkim złem uchroniłby nas papież i że na pewno dzięki Niemu cudownie więcej byłoby dobra.

Jestem przekonany, że z tamtych, „papieskich lat”, pozostało jednak ważne zadanie dla każdego z nas. Z ostatniej papieskiej wizyty doskonale pamiętam słowa, które po raz kolejny wpisały się w Jana Pawła II wizję budowania cywilizacji opartej na miłości.

Trzeba spojrzenia miłości, aby dostrzec obok siebie brata, który wraz z utratą pracy, dachu nad głową, możliwości godnego utrzymania rodziny i wykształcenia dzieci doznaje poczucia opuszczenia, zagubienia i beznadziei. Potrzeba „wyobraźni miłosierdzia”, aby przyjść z pomocą dziecku zaniedbanemu duchowo i materialnie; aby nie odwracać się od chłopca czy dziewczyny, którzy zagubili się w świecie różnorakich uzależnień lub przestępstwa; aby nieść radę, pocieszenie, duchowe i moralne wsparcie tym, którzy podejmują wewnętrzną walkę ze złem. Potrzeba tej wyobraźni wszędzie tam, gdzie ludzie w potrzebie wołają do Ojca miłosierdzia: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Oby dzięki bratniej miłości tego chleba nikomu nie brakowało! „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5, 7).

Jak umiem, staram się być wierny tym słowom, nie tylko zresztą tym. Pewnie wielu z nas próbuje iść jakimś szlakiem, wskazanym przez Jana Pawła II.

Tuż po odejściu Jana Pawła II ukułem zdanie, którego słuszności jestem pewien i dzisiaj. PORA NA NAS. On, Jan Paweł II, „swoje zrobił”, powiedział, napisał. Im bardziej widzę dookoła, pod naszą strzechą, pogrzebanie zasadniczych wartości, tym pewniejszy jestem, że pora na nas. Nie gorszę się nadto rzeczywistością, tylko rozumiem, że więcej pracy mam, że jeszcze bardziej muszę brać to, co ważne, w swoje ręce.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Comments are closed.