W „Ślubie konwersacji” (szczerze polecam) Thomas Merton zanotował pod datą 6 września 1965 niezwykłą mistyczną obserwację. Przeczytajcie ją z uwagą.
Za oknem karmazynowa mgła. Na farmie Boone’a pieje kogut.
Ubiegłego wieczora, kiedy wschodził księżyc, zobaczyłem na łące żarzącą się łagodnym ciepłem czerwień łani. Było jeszcze jasno, więc wziąłem lornetkę i zacząłem ją obserwować. Po chwili z lasu wyszedł byk, potem zobaczyłem drugą łanię, a następnie przez chwilę drugiego byka. Nie bały się. Spoglądały na mnie od czasu do czasu. Obserwowałem, jak pięknie biegną i jak się pasą. Każdy ich ruch był absolutnie cudowny. Czasem jest w nich pewna niezręczność, co sprawia, że są jeszcze śliczniejsze, niczym dorastające podlotki.
Kiedy patrzę na nie na wolności, najbardziej uderza mnie to, że widzę coś, co widzieli ludzie pierwotni, malujący jelenie w jaskiniach. Coś, czego nigdy nie widać na fotografii, a co wywołuje nabożny lęk. W biegnącej sarnie widać muntu, czyli „ducha”. „Sarnowatość”, w której zawiera się wszystko i która jest święta i cudowna.
Ktoś powie: kontemplatywna intuicja, ale to jest absolutnie zwyczajne, codzienne widzenie rzeczy, coś, co każdy powinien widzieć cały czas. Sarna objawia mi coś z samej istoty rzeczy, nie tylko w niej samej, ale i we mnie. Coś, co wykracza poza trywialność mego codziennego istnienia, mojej indywidualnej egzystencji. Coś bardzo głębokiego. Oblicze tego, co jest zarówno w sarnie, jak i we mnie samym.
Byki są znacznie ciemniejsze od łani. Ich sierść ma odcień myszoszary, a raczej szarobrązowy i ciepły, jak sierść latających wiewiórek. Czułem w palcach miękkość ich brązowej sierści i bardzo chciałem ich dotknąć.
Może być sarna, może być szalejący bez, bezchmurne niebo. Wszystko. Jesteś zaproszony do głębszego wymiaru życia.

