W ostatnią niedzielę głosiłem kazanie dla dzieci. Nałożyłem na głowę szczególną czapkę.
Otrzymałem ją od Gruzinów, a konkretnie od dzieci z jednego ośrodków dla uchodźców, w Gori, przy granicy z Osetią Południową. Czapka zrobiona ręcznie przez dzieci, z wyhaftowanym krzyżem świętego Jerzego, patrona Gruzji i innymi kolorowymi detalami. Naprawdę rarytas.
Dzieci miały za zadanie odgadnąć – wyglądam jak … No właśnie jak kto?
– Jak Turek! – padła pierwsza odpowiedź.
Zdzierżyłem tę zniewagę, wszak nieświadomie zgłoszoną.
– Żyd! – z pewnością w głosie zgadywała następna małoletnia istota.
No, nie muszę dodawać jak zachowywała się pozostała część wiernych, tych starszych.
– Amerykan! – próbował następny dzieciak.
A kątem ucha, usłyszałem jak dziewczynka upewnia się u mamusi:
– Może Mongoł…?
I widzicie, chciałem wyglądać oryginalnie, to mam za swoje! I w ogóle z dziećmi nie warto zaczynać. Nie wolno udawać Greka, to znaczy Gruzina, trzeba być sobą.
PS.
Od jutra, już w rytmie Wielkiego Postu, wędrować będziemy wraz z liturgią słowa.

