„Między Kościołem a światem liberalnym właśnie skończyła się wymiana uśmiechów. Skończyła się epoka fikcyjnego rozejmu, za którym krył się niemożliwy do rozwiązania konflikt. Czas już, aby obie strony spojrzały na siebie poważnie” – pisze w sobotniej „Rzeczpospolitej” Dominik Zdort. Ale jakoś specjalnie mnie nie przestraszył, tym bardziej, że nie czuję końca jakiegoś rozejmu. Bo przecież w żadnej wojnie nie uczestniczę.
No tak, i wydało się, że czytuję „Rzepę” (do czytania „Faktu” i „Super Expressu” już kiedyś nieopatrznie się przyznałem). No to powiem więcej: obok Piotra Semki, Dominik Zdort należy do moich ulubionych autorów. Cóż, jestem trochę masochistą, ale któż nim nie jest? Idę o zakład, że nawet Pan Paweł, mój najbardziej wytrwały kruchtowy antagonista, zaczytuje się w „Wyborczej”, choć jej szczerze nie trawi. Oczywiście zapewne czyta ją wyłącznie on-line, żeby sobie rąk nie pobrudzić i nie wspomóc finansowo „Agory”. Czyli dokładnie tak, jak ja czytam „Rzepę”. (Ostatnio Pan Paweł nadesłał mi młodzieńcze, ideologicznie niemądre wiersze Szymborskiej. Choć je znam, to za pamięć i troskę dziękuję.)
Wracając do tez artykułu Zdorta: zbijam je w następujący, prosty sposób. Uśmiecham się do Was najpiękniej jak umiem, bardzo szeroko. Mogę sobie na to pozwolić, bo już jakiś czas temu uzupełniłem braki w uzębieniu. Zapewniam też, że jako obywatel liberalnego świata co najmniej od 20 lat patrzę na Kościół bardzo poważnie. A co do niemożliwego do rozwiązania konfliktu: wszystko jest w głowie. Usilnie zachęcam do lektury „Wycieczek osobistych” Wojciecha Bonowicza („Tygodnik Powszechny” z 8 lutego).
Zaś moim kruchtowym adwersarzom Zdorta polecać chyba nie muszę. Już go dawno wchłonęli, strawili i przyswoili. Na zdrowie!
Jan Pleszczyński

