29 listopada 2004
Krok drugi
Największy lęk jaki towarzyszy ryzyku otwarcia się na obecność i działanie Boga, dotyczy naszej wolności.
Źródło lęku tkwi w założeniu, że skoro otwieram się na Boga, to On – wszechwładny i wszechmocny – na mocy naszej zgody na Jego działanie, całkowicie zawładnie moją wolnością. A ja przecież nie mogę jej oddać, bo bez niej mnie nie ma! Stąd, zbyt bliska obecność Boga (Bóg we mnie, Bóg ze mną – Bóg w polu mojego istnienia) i Jego promieniowanie grozi destrukcją mojej wolności i czegoś, co jest tak głęboko mną, że bez tego nie wyobrażam sobie bycia sobą! To tak, jakby wystawić nagle dom na raptowne uderzenie wichury. Tego nie zaryzykujemy!
Stąd nasze zabawy z Bogiem. Dopuszczamy Go do granicy naszej wolności i szybko – gdy się zbliży – trzaskamy drzwiami, żeby nie poszło za daleko. Chętnie skorzystalibyśmy z Jego atrybutów (wszechmoc, wszechobecność), ale nie za cenę utraty naszego poletka wolności.
Istnieje trzecia droga. Decydując się na Boga, nie stracimy naszej wolności, nie musimy też jej chować za naszymi drzwiami.
Otóż Bóg chce przeniknąć naszą wolność, swoją wieczną i absolutną wolnością, nie pozwalając nam zgubić nic z naszej wolności. Jest ryzyko oddania się Jemu. Tak jak ryzyko postawienia na akcje jakiejś firmy – dajemy nasze małe pieniądze, ryzykując ich stratę w razie niepowodzenia. Ale jak wygramy? Fortuna!
Podobnie z wolnością oddaną Bogu. Bóg mówi: Gwarantuję, że zyskasz!

