KRÓTKA ODA DO POHARATANYCH

Piątek 16 października 2015

Absolutną mistrzynią świata w cerowaniu i łataniu była moja babcia, wicemistrzyniami były jej siostry. Cała trójka umiała załatać każdą dziurę w moich spodniach, kurtkach i płaszczach. Radziły sobie znakomicie z cerowaniem skarpetek, czapek i swetrów. Niczego się nie wyrzucało, co się przedarło lub rozerwało należało zszyć, załatać, zacerować albo oddać do repasacji.

W dziedzinie repasacji miałem swój udział i ja. Dojeżdżałem do szkoły w mieście i raz na – mniej więcej – dwa tygodnie, zawoziłem do pana Eugeniusza siatkę pełną pończoch i/lub rajstop, noszonych przez siostrę, mamę, babcie i ciotki. Pończoch i/lub rajstop się nie wyrzucało, pan Eugeniusz umiał przywracać im świeżość i nowość, „podnosił oczka”, co fachowo nazywało się repasacją.

Dziś, jak wiemy, prawie wszystko jest jednorazowe, nie ceruje się skarpet, nie łata spodni i nie repasuje pończoch i/lub rajstop. Co się rozerwie, rozpruje czy przedziurawi, ląduje w koszu na śmieci.

To się nawet przerzuciło w sferę między ludźmi. Jak się podniszczy czy rozerwie trochę miedzy żoną a mężem, to się  zmienia ją/go na kogoś nowego.

Na szczęście jest przynajmniej jedno miejsce, dobrze mi znane, gdzie kultura cerowania, łatania i repasacji bez końca jest czymś oczywistym. Od ponad ćwierć wieku siedzę sobie w takim punkcie napraw, z obu stron mam kratki, w środku zydel, czasem krzesło. Konfesjonał. Nie wyrzucam żadnego ludzkiego serca, łatam, ceruję, „podnoszę oczka”, repasuję. Czasem są ogromnie pokancerowane, rozprute, zniszczone i poharatane. Wszystko da się naprawić! Żadne serce nie idzie na śmietnik. Oczywiście nici i igły daje Pan Bóg. A ja tylko spełniam rolę punktu usługowego, słucham, czasem coś powiem i stukam.

Oczywiście sam też regularnie stawiam się ze swoim sercem do zacerowania, stąd wiem, że wszystko da się naprawić.

Itinerarium

ROZUM TO MAJĄ PTAKI

Czwartek 15 października 2015

Czasami się jeszcze dziwię. Ostatnio zadziwiłem się dwukrotnie tego samego dnia.

Najpierw usłyszałem o człowieku, zapewne majętnym, który zakupił sobie lokum. Za 7 000 000 (7 milionów) złotych, wcale nie jestem zazdrosny. Nie był to pałac ani zamek ani jakaś kraśna i wiekowa kamienica. Był to tak zwany apartament „w prestiżowej lokalizacji”, w mieście Kraków. Nie podam dokładnego adresu, bo zaraz niektórzy z was polecą i kupią. Niemniej sprawdziłem ową „prestiżową lokalizację” i wyszło, że jest tam prawie największe stężenie słynnego krakowskiego smogu.

Po południu tego samego dnia przyglądałem się dwójce sierpówek (ciut do gołębi podobne, ale chyba ładniejsze), które niedawno wylęgły się i właśnie sposobiły do pierwszych lotów. Narodziły się i wychowały w prestiżowej lokalizacji. Na cudnym srebrnym świerczku, w miejscu gdzie świeżego powietrza jest dość o każdej porze.  To było drugie zdziwienie.

Będę polemizował z każdym, kto twierdzi, że ptaki nie mają rozumu.

Itinerarium

MIŁOŚĆ I POLITYKA

Środa 14 października 2015

Polityka, tak bardzo oczerniana, jest powołaniem wzniosłym, jest jedną z  najcenniejszych form miłości, ponieważ szuka dobra wspólnego. Przekładam tę myśl na obecną kampanie wyborczą i powiem wam, że bardzo mi pasuje.

Rozmawiam ostatnio z wieloma politykami, obecnymi i kandydującymi, część z nich znam od lat, byli lub są ministrami, posłami, senatorami, prezydentami i burmistrzami miast, pełnią lub chcą pełnić inne ważne funkcje. Nie znam żadnego, który nie kochałby Polski i nie chciał dobrze dla Polaków, z wyjątkiem tych, którzy bawią się w politykę, ale tych jest naprawdę niewielu.

Gadanie o pazerności polityków, fortunach jakich się dorobili, pałacach w jakich mieszkają to dobry temat na piosenki dla początkujących zespołów. Ci, których znam mieszkają w blokach, domkach jednorodzinnych a nawet w skromnych lokalach dla nauczycieli, wiem, bo bywam. Jeżdżą autami, które jakoś nie powalają (tylko słyszałem, że jeden ma porsche, ale to w Warszawie), pensje ministerialne i parlamentarne bez szału. Jestem pewien, że bez miłości do Polski, bez pasji szukania dobra wspólnego, nie poszliby w politykę. Duże pieniądze robi się gdzie indziej, w biznesie lub finansach. Biorę w nawias przekręty, bo zdarzają się w każdej dziedzinie i media muszą z czegoś żyć.

Polak jednak z lubością na politykę i polityków narzeka. Poza polityką i politykami narzekać można na księży, wredne teściowe i zawsze na kiepskie ciśnienie. Jakiś powód zawsze znajdziemy.

Polityka, tak bardzo oczerniana, jest powołaniem wzniosłym, jest jedną z  najcenniejszych form miłości, ponieważ szuka dobra wspólnego. Powtarzam pierwsze zdanie z dzisiejszego wpisu. Zaczerpnąłem je z myśli Ojca Świętego Franciszka, z encykliki „Lumen Fidei”. I zgodnie z zachętą papieża też proszę Boga, by liczba dobrych polityków rosła. Cały fragment znajdziecie niżej.

 

  1. Zajrzyjcie na http://radioer.pl/informacje/2/30171/ – tam znajdziecie Wyborczą Ligę Mistrzów, w wersji lubelskiej, polecam!

 

 

 

  1. Proszę Boga, by rosła liczba polityków zdolnych do podjęcia autentycznego dialogu ukierunkowanego na skuteczne uzdrowienie głębokich korzeni, a nie zewnętrznych przejawów chorób naszego świata! Polityka, tak bardzo oczerniana, jest powołaniem wzniosłym, jest jedną z  najcenniejszych form miłości, ponieważ szuka dobra wspólnego. Musimy się przekonać, że miłość «jest nie tylko zasadą relacji w skali mikro: więzi przyjacielskich, rodzinnych, małej grupy, ale także w skali makro: stosunków społecznych, ekonomicznych i politycznych»175. Proszę Pana, by obdarzył nas politykami, którym rzeczywiście leży na sercu dobro społeczeństwa, ludu, życie ubogich!

Koniecznie trzeba, by rządzący i władza finansowa podnieśli wzrok i poszerzyli swoje perspektywy, by postarali się, żeby godna praca, oświata i opieka zdrowotna były dostępne dla wszystkich obywateli. A dlaczego nie zwracać się do Boga, by zainspirował ich plany? Jestem przekonany, że otwarcie się na transcendencję mogłoby uformować nową mentalność polityczną i  ekonomiczną, która pomogłaby przezwyciężyć absolutną dychotomię między ekonomią a społecznym dobrem wspólnym.

 

 

 

 

Itinerarium

BEZ ŻYDÓW ANI RUSZ

 

Wtorek 12 października 2015

Nie udzieliło mi się szaleństwo po niedzielnym meczu z Irlandią. Piłkę oglądam od kilkudziesięciu lat i wiem, że był to słaby pojedynek dwóch dość przeciętnych drużyn. A Polacy nie odnieśli żadnego historycznego triumfu, tylko spełnili psi obowiązek.

Irlandię pokonuje w Europie i na świecie prawie każda drużyna, Anglicy wbijali im nawet po 13 goli. To naprawdę ogon Europy, w rankingu UEFA plasuje się na 50 miejscu na 54 zespoły narodowe.  We wczorajszym składzie nie mieli żadnego zawodnika, który grałby w jakimś liczącym się klubie. Co innego nasza kadra, kilku polskich graczy stanowi mocne punkty w klubach z lig zachodnioeuropejskich. Dlatego pokonanie Irlandii, i to tak nisko, to naprawdę psi obowiązek, a blisko było od blamażu.

Prawdziwe sukcesy polski futbol odnosił w latach 1972 – 1982, kiedy dwukrotnie zdobywaliśmy brązowe medale (3 miejsca) na mistrzostwach świata, wygrywaliśmy Olimpiadę, a pokonywaliśmy rzeczywiste potęgi – Brazylię, Argentynę, Włochy, Anglię, Holandię, Belgię, Hiszpanię, Francję, Portugalię i oczywiście Ruskich (zwanych wówczas ZSRR).

Dziś, gdy rzeczywistych sukcesów nie ma, bije się pianę i wpiera ludowi, że jesteśmy wielcy bo poradziliśmy sobie z Irlandią i Gibraltarem. Lud zaś, ponieważ nie czyta i nie pamięta dawnej glorii, wierzy i cieszy się badziewiem.

Pierwsza kadra polskiej piłki nożnej, ta z roku 1921, miała w składzie na przykład takich zawodników: Jan Loth, Ludwik Gintel, Marian Einbacher, Leon Sperling. Pierwszego w historii naszego futbolu gola zdobył dla Polski Józef Klotz (22 maja 1922 r., ze Szwedami w Sztokholmie). Wszyscy ci polscy piłkarze to lwowscy Żydzi. Wiadomo, że bez Żydów ani rusz. I w historii zbawienia i w historii polskiej piłki nożnej.

Jeden istotny pożytek z całej piłkarskiej wrzawy jest taki, że Robert Lewandowski przyćmił sławę innego dość głośnego ostatnio Polaka z jednej z watykańskich kongregacji.

Druga sprawa, w sobotę Polacy zostali po raz pierwszy mistrzami świata (wygrana ze Szwedami 308:293). W brydża. W składzie mamy m.in. Krzysztofa Jassema. Ta dyscyplina wymaga mocnego myślenia.

 

Itinerarium

PIĘKNE SZALEŃSTWA ALE PO 70-TCE

 

Poniedziałek 12 października 2015

Zrobić prawo jazdy w wieku 80 lat? Spokojnie, można to sobie wyobrazić. A wysyłać pieniądze na dobre cele przez kilka lat po swojej śmierci? To już trudniej, ale te i inne dziwne rzeczy wydarzyły się w życiu Józefa Urpszy.

Na ślad Urpszy trafiłem podczas rozmowy z zaprzyjaźnionymi nazaretankami, które znały go osobiście. Pochodził ze starej rodziny kniaziów żmudzkich z okolic Kowna. Urodził się w roku 1880, skończył farmację w Petersburgu, kierował tam dużą hurtownią z lekami do roku 1917, po czym wstąpił w szeregi tworzącego się wojska polskiego. Ożenił się z Heleną von Zeydler z którą mieli 11 dzieci. Od roku 1922 kierował zaopatrzeniem w leki na terenie Warszawy i całego województwa. W czasie Powstania w roku 1944 ginie jego żona.

Rok potem 65-letni wdowiec rozpoczyna drugie, nowe życie.  Zamarzył sobie wstąpienie do jezuitów, ale ówczesny prowincjał stwierdził, że „osoby starsze nie rokują nadziei na zaangażowanie apostolskie” i odmówił (jakże się pomylił!) Józef zapukał do drzwi warszawskiego seminarium diecezjalnego, tam przyjęto go i wyświęcono na kapłana w roku 1948, czyli w 68 jego życia. Po czterech latach zorientował się, że u jezuitów nastąpiła zmiana prowincjała i ponowił chęć wejścia do rodziny synów św. Ignacego. Nowy prowincjał poznał się na wigorze nowicjusza, zgodę dał, argumentując przy tym, że dobry aptekarz wyszkoli w fachu pielęgniarskim jezuickich braci.

I tak 72-letni ksiądz Józef, dawniej wdowiec, poszedł do nowicjatu (pierwsze lata w zakonie, kiedy rozeznaje się powołanie), a tam musiał zmierzyć się z 18 czy 19-letnimi młokosami. Komiczne wyglądały tzw. „pokuty”, czyli spotkania podczas których bracia na zasadzie życzliwego upomnienia wytykają sobie różne zaniedbania i słabości. Ponieważ nie bardzo było na co się poskarżyć w przypadku ks. Józefa, jeden z braci wymyślił:

– Brat Józef niedbale czyni znak krzyża!

Na co Urpsza odparował:

– Bracie, 11 dzieci wychowałem, a ty chcesz mnie uczyć jak się żegnać?

Bardzo chętnie przyjmował obowiązek zamiatania i mycia podłóg w pomieszczeniach klasztornych, dopowiadając, że skoro w zakonie  ślubuje się czystość, to on się do tego z radością przyłoży.

Prawdziwej werwy dostał ojciec Józef, kiedy już został pełnoprawnym jezuitą. W Kaliszu, gdzie służył, uprosił o możliwość odprawiania mszy świętej poza kościołem, w domach zamieszkanych przez osoby starsze, niedołężne czy schorowane. Statystyki mówią, że w roku 1972 odprawił takim ludziom 255 mszy (wszystkie z kazaniami) i rozdzielił 4 182 komunie. Ponieważ jego podopieczni mieszkali na dość dużym terenie, poszedł na kurs prawa jazdy na motocykl. A miał wówczas 80 lat, egzamin, rzecz jasna zdał. Nazywano go już „Samarytaninem Kalisza” i nawet milicjanci przymykali oko, kiedy staruszkowi zdarzyło się przekroczyć prędkość. Odwiedzając swoich chorych, zaczynał od poprawienia poduszek lub prześcielenia łóżka. Wiosną i latem wynosił podopiecznych na zewnątrz, aby podleczyło ich gorące słońce.

Doceniał rolę techniki w rozwoju duszpasterstwa i dlatego sprowadził pod koniec lat 60-tych samochód osobowy oraz mikrobus, była to pierwsza „flota samochodowa” u polskich jezuitów.

Ojciec Józef Urpsza zmarł w Kaliszu 14 lipca 1974 roku, mając prawie 94 lata. Wcześniej rozszerzył swoją apostolską działalność wspierając finansowo jedną z katolickich misji charytatywnych w Indiach. Co miesiąc wysyłał pieniądze na jej działalność. Zdumienie w Indiach było potężne, kiedy przekaz od ojca Józefa przyszedł w sierpniu, potem we wrześniu i w kolejnych miesiącach. Okazało się, że kaliski samarytanin czując nadchodzący koniec, umówił się z panią z poczty, że ta nadal będzie wysyłać z jego adresu datki na misję w Indiach. Zdeponował sumę wartą sześciu kolejnych wpłat. Mimo tego, po tym czasie ośrodek nadal otrzymywał comiesięczne wsparcie. Dzieło księdza Józefa kontynuowały jego dwie córki, które w ten sposób zatroszczyły się o pamięć po ojcu.

Dotrwaliście do tego momentu? Przyznaję, że opisałem historię o. Urpszy w skrócie. Kończę jednak z pytaniem do każdego z was (i do siebie), ile macie lat? I co jeszcze przed wami?

 

 

Itinerarium

PIĘKNE SZALEŃSTWA ALE PO 70-TCE

 

Poniedziałek 12 października 2015

Zrobić prawo jazdy w wieku 80 lat? Spokojnie, można to sobie wyobrazić. A wysyłać pieniądze na dobre cele przez kilka lat po swojej śmierci? To już trudniej, ale te i inne dziwne rzeczy wydarzyły się w życiu Józefa Urpszy.

Na ślad Urpszy trafiłem podczas rozmowy z zaprzyjaźnionymi nazaretankami, które znały go osobiście. Pochodził ze starej rodziny kniaziów żmudzkich z okolic Kowna. Urodził się w roku 1880, skończył farmację w Petersburgu, kierował tam dużą hurtownią z lekami do roku 1917, po czym wstąpił w szeregi tworzącego się wojska polskiego. Ożenił się z Heleną von Zeydler z którą mieli 11 dzieci. Od roku 1922 kierował zaopatrzeniem w leki na terenie Warszawy i całego województwa. W czasie Powstania w roku 1944 ginie jego żona.

Rok potem 65-letni wdowiec rozpoczyna drugie, nowe życie.  Zamarzył sobie wstąpienie do jezuitów, ale ówczesny prowincjał stwierdził, że „osoby starsze nie rokują nadziei na zaangażowanie apostolskie” i odmówił (jakże się pomylił!) Józef zapukał do drzwi warszawskiego seminarium diecezjalnego, tam przyjęto go i wyświęcono na kapłana w roku 1948, czyli w 68 jego życia. Po czterech latach zorientował się, że u jezuitów nastąpiła zmiana prowincjała i ponowił chęć wejścia do rodziny synów św. Ignacego. Nowy prowincjał poznał się na wigorze nowicjusza, zgodę dał, argumentując przy tym, że dobry aptekarz wyszkoli w fachu pielęgniarskim jezuickich braci.

I tak 72-letni ksiądz Józef, dawniej wdowiec, poszedł do nowicjatu (pierwsze lata w zakonie, kiedy rozeznaje się powołanie), a tam musiał zmierzyć się z 18 czy 19-letnimi młokosami. Komiczne wyglądały tzw. „pokuty”, czyli spotkania podczas których bracia na zasadzie życzliwego upomnienia wytykają sobie różne zaniedbania i słabości. Ponieważ nie bardzo było na co się poskarżyć w przypadku ks. Józefa, jeden z braci wymyślił:

– Brat Józef niedbale czyni znak krzyża!

Na co Urpsza odparował:

– Bracie, 11 dzieci wychowałem, a ty chcesz mnie uczyć jak się żegnać?

Bardzo chętnie przyjmował obowiązek zamiatania i mycia podłóg w pomieszczeniach klasztornych, dopowiadając, że skoro w zakonie  ślubuje się czystość, to on się do tego z radością przyłoży.

Prawdziwej werwy dostał ojciec Józef, kiedy już został pełnoprawnym jezuitą. W Kaliszu, gdzie służył, uprosił o możliwość odprawiania mszy świętej poza kościołem, w domach zamieszkanych przez osoby starsze, niedołężne czy schorowane. Statystyki mówią, że w roku 1972 odprawił takim ludziom 255 mszy (wszystkie z kazaniami) i rozdzielił 4 182 komunie. Ponieważ jego podopieczni mieszkali na dość dużym terenie, poszedł na kurs prawa jazdy na motocykl. A miał wówczas 80 lat, egzamin, rzecz jasna zdał. Nazywano go już „Samarytaninem Kalisza” i nawet milicjanci przymykali oko, kiedy staruszkowi zdarzyło się przekroczyć prędkość. Odwiedzając swoich chorych, zaczynał od poprawienia poduszek lub prześcielenia łóżka. Wiosną i latem wynosił podopiecznych na zewnątrz, aby podleczyło ich gorące słońce.

Doceniał rolę techniki w rozwoju duszpasterstwa i dlatego sprowadził pod koniec lat 60-tych samochód osobowy oraz mikrobus, była to pierwsza „flota samochodowa” u polskich jezuitów.

Ojciec Józef Urpsza zmarł w Kaliszu 14 lipca 1974 roku, mając prawie 94 lata. Wcześniej rozszerzył swoją apostolską działalność wspierając finansowo jedną z katolickich misji charytatywnych w Indiach. Co miesiąc wysyłał pieniądze na jej działalność. Zdumienie w Indiach było potężne, kiedy przekaz od ojca Józefa przyszedł w sierpniu, potem we wrześniu i w kolejnych miesiącach. Okazało się, że kaliski samarytanin czując nadchodzący koniec, umówił się z panią z poczty, że ta nadal będzie wysyłać z jego adresu datki na misję w Indiach. Zdeponował sumę wartą sześciu kolejnych wpłat. Mimo tego, po tym czasie ośrodek nadal otrzymywał comiesięczne wsparcie. Dzieło księdza Józefa kontynuowały jego dwie córki, które w ten sposób zatroszczyły się o pamięć po ojcu.

Dotrwaliście do tego momentu? Przyznaję, że opisałem historię o. Urpszy w skrócie. Kończę jednak z pytaniem do każdego z was (i do siebie), ile macie lat? I co jeszcze przed wami?

 

 

Itinerarium

MIŁOŚĆ OD 30 LAT

Kazanie na 28 niedzielę zwykłą 11 października 2015

Pamiętam, że tę scenę z Ewangelii – o bogatym młodzieńcu –  zrozumiałem dokładnie 30 lat temu, jesienią 1985 r. Od jednego z kolegów otrzymałem kiepskiej jakości kserówkę „Parati Semper”, list do młodych całego świata, napisany przez Jana Pawła II. Skserowana kopia listu była kiepska, bo dostęp do powielaczy był utrudniony i kontrolowany pieczołowicie przez władze (czas tuż po stanie wojennym). Wspomniany list papieża pozostaje jedynym jak dotąd tej rangi dokumentem kościelnym skierowanym do młodych.

Papież oparł swoje przesłanie do młodzieży (a ja wtedy byłem młody) na spotkaniu Chrystusa z anonimowym, młodym i bogatym chłopakiem. Utkwiło mi w pamięci jedno zdanie, kilka razy komentowane przez Jana Pawła II: „ Jezus spojrzał z miłością na niego”. Czemu ten młodzian nie posłuchał Jezusa? Myślę, że to był ciapa, zagapił się i jego oczy nie spotkały się z oczyma Jezusa.

Zapamiętałem, że Jezus spojrzał na niego z miłością. Zapamiętałem, że to spojrzenie Jezusa skierowane jest na każdego z nas, na mnie. Rzecz w tym, żeby tego nie przegapić. To cały sens naszej wiary.

Liturgia słowa

(Mk 10,17-30)
Gdy Jezus wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus mu rzekł: Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę. On Mu rzekł: Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości. Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną. Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Wówczas Jezus spojrzał wokoło i rzekł do swoich uczniów: Jak trudno jest bogatym wejść do królestwa Bożego. Uczniowie zdumieli się na Jego słowa, lecz Jezus powtórnie rzekł im: Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego <tym, którzy=”” w=”” dostatkach=”” pokładają=”” ufność=””>. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego. A oni tym bardziej się dziwili i mówili między sobą: Któż więc może się zbawić? Jezus spojrzał na nich i rzekł: U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga; bo u Boga wszystko jest możliwe. Wtedy Piotr zaczął mówić do Niego: Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą. Jezus odpowiedział: Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym (Mdr 7,7-11)
Dlatego się modliłem i dano mi zrozumienie, przyzywałem, i przyszedł na mnie duch Mądrości. Przeniosłem ją nad berła i trony i w porównaniu z nią za nic miałem bogactwa. Nie porównałem z nią drogich kamieni, bo wszystko złoto wobecniej jest garścią piasku, a srebro przy niej ma wartość błota. Umiłowałem ją nad zdrowie i piękność i wolałem mieć ją aniżeli światło, bo nie zna snu blask od niej bijący. A przyszły mi wraz z nią wszystkie dobra i niezliczone bogactwa w jej ręku.

(Ps 90,12-17)
REFREN: Nasyć nas, Panie, Twoim miłosierdziem

Naucz nas liczyć dni nasze,
byśmy zdobyli mądrość serca.
Powróć, o Panie, jak długo będziesz zwlekał?
Bądź litościwy dla sług Twoich.

Nasyć nas o świcie swoją łaską,
abyśmy przez wszystkie dni nasze mogli się radować i cieszyć.
Daj radość w zamian za dni Twego ucisku,
za lata, w których zaznaliśmy niedoli.

Niech sługom Twoim ukaże się Twe dzieło,
a Twoja chwała nad ich synami.
Dobroć Pana, Boga naszego, niech będzie nad nami
i wspieraj pracę rąk naszych,
dzieło rąk naszych wspieraj.

(Hbr 4,12-13)
Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek.

(Mt 5,3)
Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

.

 

Itinerarium

NALEWKA NA STO PROCENT

 

Sobota 10 października 2015

Zakupuję od czasu do czasu sałatę. Zauważyłem, że prawie nigdy nie ma w niej charakterystycznego piasku. W tej dawniejszej był zawsze i sztuką było dobrze go wypłukać. Przy kasie rzuciłem raz żartem:

– Proszę pani, ta sałata to z ziemi czy jakaś syntetyczna?

– A zaraz panu powiem… – zawiesiła głos ekspedientka i zaczęła przeglądać kwity z dostawy – Chyba z ogrodu bo jest to „Gospodarstwo ogrodnicze w …”

Wątpliwości z sałatą rozwiały się. Jeszcze lepiej poszło mi z czarnym bzem. Przyłapałem dwóch panów, którzy ścinali (fachowo) czarny bez na nieswojej parceli. Nie była to także moja parcela, ale panowie skąd mogli o tym wiedzieć.

– Panie – zaproponował jeden ze zbieraczy – my z tego robimy nalewkę, damy panu buteleczkę i po sprawie. Może być?

Zgodziłem się – bo niby czemu nie? – pod warunkiem, że nie zetną owoców przy koronie krzewu, musi zostać trochę dla sikor i jemiołuszek na zimę. Nalewki jeszcze trochę mam i zapewniam, że ta nie jest syntetyczna. Mimo, że ma może ze trzydzieści procent, to na sto procent syntetyczna nie jest. Godny polecenia ten dar natury na pierwsze chłody!

Itinerarium

NAJLEPSZA JEST ŻONA OCZYTANA

Piątek 9 października 2015

Jasiek zawsze myślał i przewidywał, a potem działał. Kiedy pani zabrała przedszkole na wycieczkę do parku, ciągnął się na końcu, spostrzegł, że strumyk jest płytki i przeszedł go ledwo zanurzając kostki. Reszta przedszkola dreptała po kładce, która runęła, jedna koleżanka i jeden kolega złamali sobie po jednej nodze. Jasiek wyciągnął z tego wniosek, że kładki i mostki są niebezpieczne i lepiej chadzać po swojemu.

W młodości jak cała ferajna piła, Jasiek bawił się szklaneczką i czekał na tak zwany rozwój wydarzeń. Kiedy pół paczki okupowało już toalety, wymiotując na wszystkie sposoby, Jasiek odstawiał szkło i zamawiał wodę mineralną. W kinie najpierw wypatrywał napisu „Wyjście awaryjne” i to mu się przydało, bo pierwszy uciekł na początku pożaru.

W przypadku ożenku Jasiek wybrał pannę urody nie najświetniejszej ale mądrą i oczytaną. Blask urody żon kolegów z czasem przygasał, a żona Jaśka rosła w wiedzę i nadal mogli godzinami rozprawiać o „Uczcie” Platona. I rosła też miłość Jaśka.

Jasiek czytywał Ewangelię i znalazł w  niej krótkie zdanie: „Ostatni będą pierwszymi”.  Raz jeszcze przeczytał i zaśpiewał: „Toż to o mnie!” A potem okazało się, że siedzi w niebie w pierwszym rzędzie, tuż przed Najwyższym. A obok jego mądra żona. Tak to właśnie jest.

 

 

 

Itinerarium

CZY PANI LUBI TEGO OTO KAWALERA?

Czwartek 8 października 2015

 Pan Władysław, nieżyjący już niestety mój znajomy, miał specyficzny sposób zapytywania i składania propozycji. Na przykład pytał się: „A miałbyś pan chęć mi pomóc?” albo „A miałbyś pan chęć pojechać ze mną?”. No i niezapomniane: „A na wódeczkę miałbyś pan chęć?” (jak tu odmówić…)

Kiedyś wydawało mi się, że za wiele w tej formie zbędnej atencji i „chodzenia naokoło”, bo przecież można krócej: „Może mi pan pomóc?” Teraz jednak wiem, że pan Władysław wiedział co mówi, zwłaszcza dodając owe znamienne „A miałbyś pan chęć?”

Odwołanie się do woli, „czy chcesz”, jest przecież fundamentem najważniejszych relacji w naszym życiu. Przed ołtarzem, jeśli już stawaliście lub staniecie, słyszeliście pytanie: „Czy chcecie dobrowolnie …”. I to trzykrotnie, a ja przed przyjęciem sakramentu kapłaństwa nawet czterokrotnie. To samo pytanie zadawane jest rodzicom przy chrzcie: „Czy chcecie …”

Mamy czasy, w których „chęć” jest w niełasce. Furorę robi „Lubię to”, mocnym argumentem jest „a mnie się tak podoba”. Ciekawe, jak by to wyglądało, gdybym zapytał pannę młodą: „A podoba się pani ten kawaler? Lubi go pani?”. Taaak, zdecydowanie mądrzej brzmi wiekowe „Czy chcesz …”

Efekt jest taki, że wiemy co nam się podoba, co lubimy i co jest fajne, a nie wiemy czego „chcemy”. A jak nie wiemy czego chcemy, bierzemy co jest pod ręką, czyli – „byle co”.

Brzmi mi mocno w uszach dictum Pana Jezusa: „Jeżeli kto chce pójść za Mną …”

Itinerarium