Wtorek 1 czerwca 2021
Na jednym z obozów z dziećmi kilkunastoletnia dziewczynka opowiadała, że razem z innymi siostrami czasem robiły psikusa mamie. Kiedy mama wołała Kasię, podbiegała Marysia i grzecznie mówiła: „Słucham”. Mama dawała się niekiedy nabrać, zwłaszcza, że w domu było czternaście córek i jeden syn. Podejrzewam, że niedługo gdy będę wspominał tę historię uznany zostanę za mitomana, dzisiaj piętnaściorgiem dzieci można obdzielić przynajmniej osiem rodzin.
Spadek liczby dzieci w Polsce notujemy od lat i wcale nie poprawi tej sytuacji żaden motywacyjny program finansowy czy optymistycznie oceniany gdzieniegdzie okres kwarantanny. Ponad 30 lat temu obraliśmy w rozwoju kierunek – Zachód, początkowo sądząc, że będzie to tylko dościganie warunków materialnych. Tymczasem dopadła nas monetaryzacja świadomości, czyli wartościowanie według ilości pieniędzy. W tym modelu nie ma miejsca dla piętnastki dzieci, dowodem są wszelkie pomysły typu „Rodzina trzy plus”, gdzie trójka dzieci jest zjawiskiem nadzwyczajnym. Przy czym zaznaczam, że nikogo nie krytykuję i Bogu dziękuję za rodziny z jednym i dwojgiem dzieci. Piszę tylko o pewnym standardzie cywilizacyjnym, obowiązującym już w Polsce. Jego skutkiem – wzorem Zachodu – będzie coraz mniejsza liczba dzieci, ratować będziemy się licznymi rodzinami uchodźców.
Czy ten trend da się odwrócić? Tylko pod warunkiem , że każde dziecko zaczniemy przyjmować jako dar Boży, a darów Bożych przecież nigdy za wiele.
Bodaj rok temu opowiadałem o wspomnianej piętnastce rodzeństwa znajomym. W pewnym momencie pan złapał się za głowę:
– Chłopie! Ale to do Chorwacji na urlop trzeba by było pruć dwoma busami, żeby wszystkich zmieścić.
Pomyślałem, że na pewno przydałaby się jeszcze pokaźna przyczepka na bagaże.


