Miałem przywilej poznać i rozmawiać przez chwilę z Franciszkiem Gajowniczkiem, za którego oddał życie św. Maksymilian Kolbe. Stąd też i moja duża sympatia dla tego świętego, bo widziałem konkretny owoc jego heroizmu.
Nie mam wątpliwości, że Maksymilian jest bohaterem najwyższej klasy, nawet przy zasadnych zastrzeżeniach wysuwanych wobec jego poglądów na kwestie żydowskie. Przypominanie postaci Kolbego jest ważne w naszych czasach, bo kto zamiast bohaterów? Idole dominujący w świadomości nowych pokoleń nie przelewają krwi, nie umierają za kogokolwiek, wręcz kipią od samouwielbienia i narcyzmu.
W postawie Kolbego jest czyn, konkretny i surowy, namacalny i materialny, a jednocześnie ewangeliczny i święty. Wiara dojrzewa i sprawdza się w czynie, jeśli z wiary rodzą się tylko słowa, deklaracje i pacierze, staje się ideologią.
Staram się, aby każdego dnia z mojej wiary rodził się jakiś konkretny czyn. W dawnym skautingu harcerz mógł zawiązać chustę na szyi dopiero po wykonaniu jakiegoś, nawet drobnego, dobrego uczynku. Spotkałem się z zabawnym sporem przedwojennych skautów, którzy zastanawiali się czy przeprowadzając we dwóch starszą panią przez ulicę mają każdy po jednym dobrym uczynku czy raczej tylko po pół.
Z czynami płynącymi z wiary nie mam kłopotów, codziennie dane mi jest spotykać głodnych (ostatnio bardziej nawet spragnionych – efekt upałów), uchodźców czy choćby samotnych. Z drugiej strony naprawdę zmęczony jestem już mnogością „poglądów” religijnych, wygłaszanych każdego dnia przez wszelkich komentatorów. Czasem odnoszę wrażenie, że dla nich wiara jest pobożnym gadaniem. Wolą już posłuchać co mają do powiedzenia – a mają! – hodowcy koni arabskich.
A zatem siostry i bracia, żeby nie przegadać tematu, trzeba w ten piątek, w dzień męczeństwa o. Kolbego, konkretnego czynu. Macie wokół siebie smutnych, samotnych, chorych, pogubionych, może i biednych, zaniedbanych, może ludzi bez nadziei.


