Dostałem na maila – wcale o to nie prosząc – instrukcję „Jak wynegocjować sobie błogie święta?”. Wiem, Internet nie musi być mądry. W zbiorze wskazówek jest mnóstwo głupot, ale końcówka wymiata, jak mawiają młodsi – „Określ godzinę końca spotkania i poinformuj swoich Gości, że czas pożegnania już się zbliża. Możesz to zrobić wprost, jeśli sprawa będzie jasna dla wszystkich już podczas przygotowań, albo użyć forteli w postaci sprzątania ze stołu, przygotowywania dzieci do snu, okazywania poprzez znaki, że spotkanie weszło w fazę końcową i czas się pożegnać”.
Wspomniane porady wigilijne przypominają instrukcję omijania pułapek na polu minowym, sporządzoną przez doświadczonego sapera. Rzecz jasna, słowa o Bożym Narodzeniu czy Panu Jezusie brak. Może i lepiej, bo Pan Jezus na Wigilii i w Boże Narodzenie, zwłaszcza traktowany poważnie, to duży kłopot. Za Panem Jezusem idą pytania o sens życia i śmierci, o życie wieczne, o dobro do którego jestem wzywany, o przebaczenie winowajcom i pojednanie się z tymi, których skrzywdziłem, wreszcie o postępowanie drogami miłości. Po co to komu na Wigilię i Święta?
Myślę, że coraz pilniej potrzebujemy nowej formuły przeżywania Bożego Narodzenia, ta obecna nic nie mająca wspólnego z Panem Jezusem, jest już kompletnie pogańska. Pogańska, choć polukrowana obrazkami i dźwiękami religijnymi.
Zdążyć jeszcze możemy – ja bardzo się staram – ze świętowaniem, które jest dzieleniem się. Tak jak Pan Bóg podzielił się z nami Swoim Synem, tak i ja mogę dzielić się swoim czasem, pieniędzmi, energią, zrozumieniem, sercem, rzeczami. Lepszej instrukcji nie mam.


