W Bożym Narodzeniu jest dar dla każdego z nas. Idziemy ku tym Świętom. Idziemy jednak tak obładowani, że właściwie to się wleczemy, powłóczymy ledwo nogami.
I nie mam na myśli jedynie wszystkich możliwych prezentów i wszelkich ciężkich siat z zakupami, a potem worków ze śmieciami, po tych zakupach.
Idziemy obładowani ciężkimi torbami kłębiących się myśli, o tym co było i będzie, o jedzeniu, piciu, odpoczywaniu i leniuchowaniu. Idziemy obładowani walizkami złudzeń, że błyśnie pierwsza gwiazdka i zrobi się szczęśliwie, że będzie cicha noc i jakiś cud. Na ramionach dźwigamy plecaki ze złymi wspomnieniami, ranami dawnymi i nowymi, dźwigamy plecaki z dawnymi grzechami i planami na nowe, może trochę lżejsze.
I tak idziemy, wleczemy się ze wszystkimi manelami, jeszcze 12 dni i się dowleczemy jakoś. A obładowani jesteśmy tak mocno, że nic już nie weźmiemy z Bożego Narodzenia, Pana Jezusa także. Pana Jezusa także, bo już nie mamy miejsca, tak jesteśmy obładowani.


