Miał przyjść, ale nie przyszedł, nawet nie zadzwonił. Najpierw się wkurzam, już sobie szykuję reprymendę. Zaraz potem jednak przychodzi inna myśl, przecież wiem, że nie radzi sobie z uzależnieniem, że miotają nim różne emocje. Kiedy w końcu przychodzi, już nie narzekam tylko pytam – Co się stało?
W innym przypadku zostałem fałszywie oskarżony (może nie w wielkiej rzeczy), burzę się i kipię, wzrasta chęć odwetu, pokazania, że tak się nie robi. Daję sobie jednak pięć minut, przychodzi myśl – Na pewno oskarżyciel nie robi tego ze złej woli. Staram się nawet postawić na jego miejscu, już spokojniej podchodzę do sytuacji.
Cały czas uczę się patrzeć „po Bożemu”, na ludzi, sprawy i wydarzenia. Po Bożemu, czyli inaczej niż od razu mi się wydaje. Często w duchu odmawiam sobie wezwanie do Ducha Świętego, ślę krótkie westchnienie do Pana Jezusa albo proszę o wstawiennictwo najbardziej zaprzyjaźnionych świętych. Uwierzcie mi, to działa!
Oczywiście nie zawsze udaje mi się przejść na Boży punkt widzenia, gdzie najpierw jest miłosierdzie a potem sprawiedliwość, gdzie przebaczenie zastępuje karę (nawet słuszną), gdzie zrozumienie wyprzedza wybuch a nadzieja idzie daleko przed odrzuceniem. Wiem jednak, że tak można, próbuję praktykować spojrzenie Boże najczęściej jak umiem.


