Dla mojego pokolenia Leonard Cohen był poetą kultowym. Nadal go lubię, choć już nie tak, jak kiedyś. Moja żona twierdzi, że kiedyś słuchałem piosenek Cohena na okrągło, a teraz tylko wtedy, gdy się upiję winem. I ponoć wtedy płaczę. Ale to tylko takie żonine gadanie, bo ją Cohen dołuje. Zresztą winem trudno się upić.
Na starość Cohen wpadł w buddyzm i nawet kilka lat wytrwał w klasztorze. Czy coś zrozumiał, to nie wiem, a i on chyba nie za bardzo, o czym świadczy wiersz „Roshi” (w przekładzie Daniela Wyszohrodzkiego). Ale czy buddyzm da się w ogóle pojąć? A chrześcijaństwo?
Właściwie nigdy nie rozumiałem
o czym mówi
ale od czasu do czasu
zdarza mi się
zaszczekać wespół z psem
pochylić się z irysem
albo jeszcze inaczej nieść pomoc
w równie niewielkim stopniu

