Wtorek 28 grudnia 2021
Nawiązując lekko do wznieconego wczoraj polskiego tsunami, rozbawił mnie dalszy ciąg przygód z panem Sousą, okazuje się, że odejdzie spokojnie do Brazylii i nic mu władze polskiej piłki nie zrobią. Jak pan Sousa będzie miał gest to odpali związkowi parę euro, najwyżej 200 tysięcy. Przy okazji przekonaliśmy się, że tak jak nie mamy dobrej drużyny – ale mamy znakomitych zawodników! – tak jeszcze większymi patałachami są kolejne zarządy w związku piłkarskim, nie zadbali ci panowie o odpowiednie zapisy w umowie z byłym już raczej trenerem polskiej reprezentacji.
Choć jako kibic (z ponad półwiecznym doświadczeniem) nie lubię takich numerów, jak ten wykręcony przez pana Sousę, ale rozumiem gościa z Portugalii. On po prostu chce zmienić pracę, na lepiej płatną, w cieplejszych okolicznościach przyrody (może nie lubi mrozu i śniegu) i w bardziej życzliwym klimacie. Mam na myśli fakt, że w Brazylii piłka nożna jest zabawą, zwłaszcza we Flamengo do którego idzie Sousa, a w Polsce futbol pełni nadal substytut wojny. Przecież najbardziej cieszą nas zwycięstwa nad Rosją i choćby remisy z Niemcami. Portugalczycy zaś i bliscy im Brazylijczycy lubią zabawę, taniec i dobre wino (polecam Porto hodowane przez tę pierwszą nację).
Fale polskiego tsunami spiętrzył jeszcze Pan Prezydent Andrzej Duda, wetując wczoraj (poniedziałek) Lex TVN, choć powinien zrobić to przed Świętami, ale chyba nie chciał psuć nastroju koleżankom i kolegom na Wigilię. Ja, na przykład, nie chciałbym być Prezydentem, strasznie nie lubię podpisywać czegokolwiek, wolę coś zrobić.
Po tych dywagacjach wracam na swoją działkę. W liturgii naszego Kościoła Katolickiego mamy dziś Święto Świętych Młodzianków, Męczenników. Chodzi o niewinne dzieci wymordowane przez siepaczy Heroda, oprawcy zabili na jego polecenie wszystkich chłopców do lat dwu w niewielkim wówczas Betlejem. Prawdopodobnie nie było tych niewinnych chłopczyków wielu, nigdy nie dowiemy się ilu ani jak mieli na imię, może Józef, Jan albo i popularne wtedy Jezus.
Pierwsza klamra, jakieś 500 metrów od obecnej siedziby naszego lubelskiego Centrum Wolontariatu na Tatarach, jest miejsce w którym 24 marca 1942 r. niemieccy policjanci, w asyście kilku ukraińskich wachmanów, wymordowali ponad setkę małych żydowskich sierot, starsze zabijali kulami z rewolwerów, młodsze pałkami, bo szkoda było cennych pocisków. Nie wszystkie dzieci zginęły od razu, inne konały pod pryzmami zasypywanego piasku, przez kilka godzin. Ocalało tylko jedno imię, Donia, nie wiemy czy przeżyła czy tylko ktoś gdzieś zapisał jej imię. Zanim w 1948 r. ekshumowano szczątki tychże dzieci i przeniesiono na nowy kirkut przy ul. Walecznych, jacyś Polacy przeczesywali miejsce mordu w poszukiwaniu złota czy innych cennych przedmiotów. Daremnie, dzieci żydowskie raczej nie miały nic takiego przy sobie. Znam zaś dzieci i wnuki tych poszukiwaczy, wstydzą się za czyny swoich rodziców czy dziadków. To jednak już historia, która, mam nadzieję, ożyje jakoś w kantacie, którą przygotowujemy na 80-lecie tamtej zbrodni.
Druga klamra, nie znam imienia dziewczynki z Iraku zaginionej 7 grudnia tego roku, na granicy Polski i Białorusi, oby przeżyła. A może dołączyła do licznego grona niewinnych i świętych męczeńskich dzieci, z Betlejem, z Tatar i znad polskiej granicy. Wiem, oberwę od polskich katolików, z jednej z partii, trudno, wiem, że katolicy są także w opozycji i nawet jeszcze na razie poza nią.
Tylko te niewinne dzieci … Zamordowane przez Heroda, rozstrzelane na Tatarach i umierające z powodu mrozu w Polsce. W Polsce, przy granicy z Białorusią. Amen.


