Piątek 27 stycznia 2017 Musiałem ostatnio skorzystać z usług taksówkarzy, w Warszawie. Pierwszy, z korporacji, niemal wprawił mnie w osłupienie, bo czytał eseje o Toskanii (Florencja, Piza, Siena, etc.)
– A co, mam grzebać jak idiota w smartfonie? Coś się dowiem, może tam pojadę, czasem stoję bezczynny nawet godzinę. Wcześniej przeczytałem książkę o Lombardii (Mediolan) i już wiem, że tam nie tylko Inter i Milan (kluby piłkarskie), ale, że tam Dąbrowski powołał polskie legiony za Napoleona.
Pochwaliłem szczerze, taksówkarz orzekł, że płacę 40 złotych. Zapłaciłem, bo trasa była długa. Musiałem potem wrócić tą samą drogą, ale „wynająłem samochód z kierowcą”, jak eufemistycznie pisze się o usłudze typu „Uber”. A tu znowu szok, kierowca ma książkę, prawie już przeczytaną.
– O Masie czytam (polski mafioso z Pruszkowa), ten też miał kolesi taksówkarzy. Nudzi mi się na czekaniu, żona pożycza mi książki z biblioteki.
Podsumował mnie, na koniec kursu, na 20 złotych. Zapłaciłem i szybko doszedłem do wniosku, że za jazdę z miłośnikiem Florencji i Mediolanu trzeba płacić dwa razy więcej niż za podróż z admiratorem historii polskiej mafii. I słusznie, kultura wyższa zasługuje na większe wsparcie niż opowieści o praniu bejsbolem.
Mądrzy ludzie czytają książki, czasem nawet je piszą. Na marginesie, ile książek przeczytaliście w roku 2017? Jak więcej niż jedną, to brawo. Jak mniej, idźcie na taksówkę.

