W 1982 roku Leszek Kołakowski napisał książkę „Religion. If there is no God…”. W 1988 ukazała się w „Znaku” pod tytułem “Jeśli Boga nie ma…” i autor wyjaśnił, że właściwy jest tytuł polski, a ten angielski był ukłonem wobec Oxford University Press, które koniecznie chciało mieć w tytule religię.
To fascynująca lektura i tym, którzy jej jeszcze nie czytali (ale to u świętoduchowców chyba niemożliwe), gorąco polecam.
Przypomniałem sobie o niej wczoraj przed północą, gdy nieuchronnie zbliżał się deadline kruchty. Prawie w każdą sobotę przed północą wpadam w panikę: nie wiem, co napisać. I przychodzą mi do głowy różne głupie myśli.
Na przykład wczoraj zacząłem myśleć, co by było, gdyby nie było religii. Nie Boga, a religii. Jak by wyglądał świat? Czy o ludziach mających inne spojrzenie na tajemnicę życia mówionoby mordercy? Czy w sporach politycznych ktoś by się podpierał sloganem: „Prawda was wyzwoli”? Czy zabitych z pobudek religijnych też by zamordowano, tylko z innych pobudek? Czy byłby Bombaj, 11 września, itd.
Wiem, że mówię jak stary Marks albo młody Lenin. Ale to naprawdę ciekawy problem: czy religia przynosi więcej dobra, czy zła. Szczęścia, czy nieszczęścia. Wielkości czy podłości.
I dlatego bardzo chciałbym, żeby jakiś mędrzec, taki jak Leszek Kołakowski, napisał książkę pt. „Gdyby religii nie było…”. I nie mieszał do tego Pana Boga.
Ale takich mędrców dziś nie ma. Jest Dawkins i posłanka Senyszyn.

