Na parkanach, drzewach, słupach, przystankach autobusowych, bilbordach. W gazetach, radiu i telewizji. W Internecie. Na transparentach w poprzek ulic. Na tablicach ogłoszeniowych. Na chodnikach i placach miast. Dobrze, że jak otwieramy lodówki, to nie ma.
Kampania wyborcza do samorządów. Zewsząd namawiają nas kandydaci na marszałków, prezydentów, starostów, wójtów i wszelkiej maści radnych. Uśmiechnięci, podretuszowani, pewni siebie, ładnie zaczesani, sympatyczni. Pełni dobrych pomysłów na naszą wspaniałą przyszłość.
Nikt nie pyta ich o wykształcenie. Nie robi żadnych testów kompetencyjnych (a kandydaci do gimnazjów muszą takowe przejść!). Nie sprawdza umiejętności i możliwości.
Część z nas, nie za duża, pójdzie i wybierze, stawiając krzyżyki przy nazwiskach. Wybór będzie raczej powierzchowny i na wyczucie. Nie damy rady poznać wszystkich propozycji, programów i deklaracji kandydatów do samorządów. Nikt nie ma tyle czasu, aby przestudiować koncepcje wysuwane przez panie i panów z plakatów. Ponadto, wiemy to z doświadczenia, że hasła wyborcze nie za wiele mają wspólnego z faktami i w jakiejś mierze jesteśmy oszukiwani.
Wybierzemy zatem wedle sympatii do partii czy twarzy i pozwolimy wybranym na decyzje w kwestii naszych szkół, dróg, szpitali, lotnisk, nowych osiedli i stawek za wodę oraz ścieki. I wcale nie biadolę, nie szemram i nie wybrzydzam. Wybierzemy na czuja, czyli wedle pewnych, niemożliwych do weryfikacji kryteriów, bardziej kierując się estetyką i emocjami niźli racjami. Ba, niektórzy z nas, mniemam, zostaną tak wybrani! Na czuja!
Czemu nie biadolę? Bo nie mamy lepszych możliwości wybierania, czyli wyborów sposobów wybierania. Musimy wybierać na czuja. I mimo, że tak powierzchownie wybieramy, życie toczy się w miarę normalnie.

