Kiedy chodziłem do szkoły podstawowej (1964 – 1972), 17 stycznia był pięknym dniem. Okolicznościowe akademie, wierszyki, gazetki ścienne i inne duperelki, no i to, co lubiliśmy najbardziej – lekcje się urywały. To była rocznica wyzwolenia Warszawy, bardzo uroczyście fetowana.
Dziś chyba nikt tej daty nie świętuje. Wiadomo przecież – Sowieci poczekali, aż się Powstanie wykrwawi i wkroczyli do ruin na gotowe. A poza tym – cóż to było za wyzwolenie. Przejście z jednej okupacji pod inną. Dziś wręcz nie wypada pisać o wyzwoleniu Warszawy. Correct jest: „wyzwolenie”. A najlepiej nic.
A ja myślę, że to kompletny przypadek sprawił, że ktoś był u Andersa, a ktoś inny u Berlinga, że był Sowietem – wrogiem, albo Sowietem – sojusznikiem, że walczył pod Monte Cassino, albo pod Lenino.
Fatalista jestem – powiecie.
Tak, jestem.
Jan Pleszczyński

