Środa 6 października 2021
Lubię Włodawę, od wczoraj nawet trochę bardziej. Pewien chłopak stamtąd przeżył zawód miłosny (co oczywiście zdarzyć się może także w Świdniku czy Sejnach), wyczytałem, że z tego powodu uszkodził dwa samochody na kwotę 10 tysięcy złotych. To znaczy, że trafił na graty, które zresztą należały nie do dziewczyny, ale do sąsiada. Żwawo śmigał przed niebieskimi, aż nieszczęsny zgubił buta i dał się ująć. Ani słowem nie wspomniano, że bohater był pijany.
Obecnie zwykle pojawia się bardzo mało pięknych historii z miłością w motywie głównym. Przeważają słabe wyczyny popełniane w zgodzie z prawem (np. ktoś tam oświadczył się na banerze w Lublinie) albo pod wpływem amfetaminy i podobnych, a wtedy na fazie nic się nie trzyma kupy. A ten włodawski młodzian, pokłócony z dziewczyną, stracił nagle cały sens życia, a jak się to gubi, to wtedy trzeba ten brzydki świat zniszczyć, cały, a nie tylko dwa graty na kółkach. Albo siebie samego.
Van Gogh, malarz, włożył dłoń (nie malował potem rok) w rozżarzoną świecę i prosił by mógł rozmawiać z upragnioną dziewczyną tak długo, jak długo utrzyma rękę w ogniu. To było chyba w Amsterdamie, a Amsterdam wiadomo, że nie Włodawa.
Dzisiaj pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Im ich więcej, im bardziej ukochane, upragnione, wytęsknione, tym bliżej nam do ateizmu. Bo „kto miłuje zna Boga” (Pismo Święte).


