W przestrzeni publicznej właściwie znikło słowo „dziękuję”. Nie używają go politycy i komentatorzy, a już kompletną abstrakcją wydaje się podziękowanie za krytykę. Dziękuję znika też w usługach, tu jest relacja wykonano – zapłacono.

Zdarza mi się często dojeżdżając do skrzyżowania wyhamować wcześniej i przepuścić autobus czy trolejbus, które potrzebują szerokiego łuku do skrętu. Miło jest zobaczyć uniesioną dłoń kierowcy w podziękowaniu. Sam czynię to za każdym razem kiedy jakiś inny kierowca wpuszcza mnie w korku albo ustępuje miejsca, oczywiście używam też na krótko świateł ostrzegawczych, co w języku kierowców oznacza podziękowanie.
Z biegiem lat rozumiem też biblijne wezwanie św. Pawła – „Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu” (Ef 5,20). Zawsze. Za wszystko. Zaczynam dzień od podziękowania Bogu i tak też kończę. Uświadamiam sobie, że tak naprawdę wszystko otrzymuję, nie ma nic takiego co stworzyłem sam. Jak nie dziękować?
Tak samo jest z ludźmi, nic mi się nie należy od nich, a przynoszą tyle dobra, radości i piękna, nawet jeśli tylko wykonują swoje obowiązki. Mnożę zatem podziękowania dla nich, bo czuję wdzięczność.
Jakiś badacz współczesności pisał, że utraciliśmy „kulturę dziękczynienia” na rzecz chłodnych kontraktów i wyuczonej obojętności. Wiem, że dziękowanie jest znakomitą formą rozsiewania dobra i budowania mocnych więzi z ludźmi. Może to daje nam szansę odmiany coraz bardziej zimnego świata.

