Czwartek 8 października 2015
Pan Władysław, nieżyjący już niestety mój znajomy, miał specyficzny sposób zapytywania i składania propozycji. Na przykład pytał się: „A miałbyś pan chęć mi pomóc?” albo „A miałbyś pan chęć pojechać ze mną?”. No i niezapomniane: „A na wódeczkę miałbyś pan chęć?” (jak tu odmówić…)
Kiedyś wydawało mi się, że za wiele w tej formie zbędnej atencji i „chodzenia naokoło”, bo przecież można krócej: „Może mi pan pomóc?” Teraz jednak wiem, że pan Władysław wiedział co mówi, zwłaszcza dodając owe znamienne „A miałbyś pan chęć?”
Odwołanie się do woli, „czy chcesz”, jest przecież fundamentem najważniejszych relacji w naszym życiu. Przed ołtarzem, jeśli już stawaliście lub staniecie, słyszeliście pytanie: „Czy chcecie dobrowolnie …”. I to trzykrotnie, a ja przed przyjęciem sakramentu kapłaństwa nawet czterokrotnie. To samo pytanie zadawane jest rodzicom przy chrzcie: „Czy chcecie …”
Mamy czasy, w których „chęć” jest w niełasce. Furorę robi „Lubię to”, mocnym argumentem jest „a mnie się tak podoba”. Ciekawe, jak by to wyglądało, gdybym zapytał pannę młodą: „A podoba się pani ten kawaler? Lubi go pani?”. Taaak, zdecydowanie mądrzej brzmi wiekowe „Czy chcesz …”
Efekt jest taki, że wiemy co nam się podoba, co lubimy i co jest fajne, a nie wiemy czego „chcemy”. A jak nie wiemy czego chcemy, bierzemy co jest pod ręką, czyli – „byle co”.
Brzmi mi mocno w uszach dictum Pana Jezusa: „Jeżeli kto chce pójść za Mną …”

